środa, 22 lipca 2015

Księga I rozdział XL

Od czasu mojego załamania nerwowego minęły dwa tygodnie, wciąż odwiedzają mnie ludzie, których poznaję już trzeci raz w życiu, o moim ponownym zaniku pamięci nikt nie wie po za mną i Dymitrem dlatego on pokazał mi wszystkich ludzi na zdjęciach i opowiedział mi o nich. Strażnik zabierał mnie na wycieczki po Dworze pokazując najróżniejsze miejsca. Ostatnio nawet wymyślił miejsce, gdzie koniecznie musi mnie zabrać był bardzo podekscytowany tym faktem. Powiedział, że to miejsce jest po za Dworem, dlatego musieliśmy polecieć tam samolotem. Jutro mieliśmy wyjeżdżać. Gdy już byłam spakowana poszłam pobawić się z Clara i Joannem.
Po jakiejś godzinie do domu wrócił Dymitr.
-Hej okazało się, że nasz wyjazd będzie szybciej. Idę szybko się spakować i jedziemy.- Powiedział i pognał na górę, poszłam za, nim, żeby wsiąść torby moje i bliźniąt, gdy weszłam do pokoju brunet był już prawie spakowany, nie dziwię się, w jego szafach był zawsze idealny porządek. Gdy brałam torby zapytał:
- Jak się czujesz? Wszystko ok?
- Dobrze.- Widziałam, że moje słowa nie do końca go przekonały.- Naprawdę wszystko ok.- Powiedziałam uśmiechając się.
- Jak nie chcesz, możemy nie jechać.- Mówił wpatrując się we mnie.
- Nie, chcę bardzo. Już dłużej nie wytrzymam tego ciągłego siedzenia i nic nie robienia.- Stwierdziłam dobitnie
- Dobra jesteś spakowana?
- Tak godzinę temu spakowałam siebie i bliźnięta.
- to dobrze.-Powiedział i się uśmiechnął.
Gdy się już spakował, wziął swoją torbę i moją, a ja wzięłam bliźniąt, sam chciał ją wsiąść, musiałam go długo namawiać, że sobie poradzę. Posilmy na parking, gdzie czekała na nas czarna terenówka.
- Czy tu w ogóle jeździ się czymś innym?- Spytałam patrząc na samochód.
- Raczej nie, bo one są bardzo wygodne.- Powiedział.
-Przecież one są ogromne jak można czymś takim jeździć?- Oburzyłam się pakując torby do bagażnika.
- nie wiem, o co ci chodzi.- Stwierdził Dymitr z miną niewiniątka.
Wsiedliśmy do tego potwora. Za kierownica siedział Michaił.
- Hej- powiedział wszystkim, przywitaliśmy się z, nim i ruszyliśmy.
Wyjechaliśmy przez bramę z Dworu. Po za murami świat wyglądał tak samo, te same drzewa, choć trochę zaniedbane. Wszędzie w koło były lasy. Dojechaliśmy na lotnisko po jakiejś godzinie. Było tam pełno ludzi jedni oddawali bagaże do kontroli inni je zabierali z taśmy, cześć ludzi witała się z rodzinami inni żegnali. Ludzie wyglądali tak samo, jak my. Nie wiem, na czym polegała różnica między nimi a nami dampirami. Może kiedyś się dowiem. Spojrzałam na Dymitra był przez cały czas czujny, obserwował wszystko dookoła. Odłożyliśmy nasze bagaże i poszukaliśmy wolnych miejsc. Ludzie patrzeli się na bliźnięta i od razu na twarzach wykwitał, im uśmiech kilku ludzi powiedziało nam jakie to my mamy śliczne dzieci, Dymitr uśmiechał się do nich i odpowiadał, im na wszystkie pytania.
- Dlaczego ludzie mówią nam co chwile o dzieciach?- Zapytałam bruneta.
- Bo tak już jest ludzka natura.- Zaśmiał się. "Uczestnicy lotu do Springs proszeni są do wejścia nr 29." Powiedziała nagle spikerka.
- To my chodź.- Ruszyłam za Dymitrem, który sprawnie prowadził mnie do wejścia. Przed niewielkim tunelikiem stała kobieta, miała może 30 lat, była blondynką o jasnej cerze, miała na sobie uniform składający się z niebieskiej spódniczki, żakietu, czapeczki, a także białej koszuli. Sprawdziła nasze bilety i dokumenty, po czym wpuściła nas do korytarzyka. Weszliśmy do samolotu, gdzie inna stewardesa pokazała nam nasze miejsca. Dymitr wpuścił mnie pod okno, pomiędzy nami posadził bliźnięta w sadzonkach dla dzieci. Wyjrzałam przez okno, skrzydło samolotu było daleko przede mną, dzięki czemu będę miała ładne widoki.
W tym samy rzędzie tylko po drugiej stronie na siedzeniach siedziała jakaś para i dwóch mężczyzn. Kobieta uśmiechnęła się do mnie i zapatrzyła się na bliźnięta, po czym odwróciła się w stronę chyba swojego męża, ponieważ mieli bardzo podobne obrączki i zaczęła coś mu szeptać. On także spojrzał na nas i szybko się odwrócił. Mężczyzna zaczął rozmawiać ze swoimi kolegami, którzy co chwile zerkali na nas, wywiązała się z tego pomiędzy nimi sprzeczka. Przestraszyłam się.
- Dymitr dlaczego oni tak dziwnie na nas patrzą? – Spytałam wskazując głową na małżeństwo i ich znajomych. Spojrzał na nich ze skupioną miną. Ilustrował ich przez chwile wzrokiem, po czym odwrócił się do mnie.
- Może patrzą na to jaką mam piękną rodzinę. – Powiedział, lecz pod jego uśmiechem krył się niepokój i co chwile zerkał w stronę małżeństwa.
- Coś nie tak? – Spytałam.
- Nie, wszystko w porządku.
Wiedziałam, że jest coś nie tak, ale nie naciskałam, przede mną siedziały trzy przyjaciółki, które o czymś rozmawiały i co chwile wybuchały śmiechem. Po za nimi w samolocie nie było zbyt wielu ludzi, jakiś biznesmen, starsza para jeszcze kilka osób w średnim wieku. Wszystkich nas razem było około 35. Została podana informacja o wyłączeniu urządzeń elektrycznych i zapięciu pasów. Ruszyliśmy powoli zaczęliśmy się wznosić nad ziemię. Gdy lecieliśmy już nad chmurami damski głos poinformował nas, że możemy już odpiąć pasy. Po chwili podeszła do nas stewardesa z pytaniem czy czegoś sobie życzymy. Dymitr poprosił dla nas o wody i coś do przegryzienia. Dzieci przez cały czas startu spały, gdy byliśmy już w górze zaczęły się budzić i płakać. Wzięłam na ręce Clare, a Dymitr Joanna. Zaczęliśmy je kołysać, po chwili się uspokoiły. Kobieta siedząca w tym samym rzędzie poszła do łazienki, kiedy wróciła podało swoją torbę każdemu z mężczyzn, każdy z nich ją brał i coś z niej wyciągał. Właśnie szła stewardesa z naszymi przekąsami, a także zamówieniami dla innych pasażerów. Gdy przystanęła obok nas mężczyzna mąż tej kobiety wstał i wyjął zza kurtki nóż przykładając go do szyi stewardesy.
- A teraz wszyscy niech mnie słuchają. Uprowadzamy ten samolot nie radzie się sprzeciwiać, gdyż nie mamy skrupułów. – Powiedział facet. Spojrzałam na Dymitra jego twarz była spokojna przyglądał się wszystkiemu analizując sytuacje.
- Nie sądzę aby udało ci się uprowadzić ten samolot. – Powiedział spojenie Dymitr.
- Zamknij się parszywe dziecko kreatur, które nazywacie morojami. Jak, to jest nie należeć do rządnej rasy? – Powiedział wypluwając te słowa w naszą stronę.
- A tu się mylisz jesteśmy dampirami. – Powiedział i wstał. Nie miał zbyt wiele miejsca, ale i tak położył nogi tak aby się zmieścić, widziałam przerażenie na twarzach innych pasażerów, sama też się bałam, ale to ukryłam i wstałam i stanęłam za Dymitrem. Dzieci patrzyły z zainteresowaniem na sytuacje. – Odłóż ten nóż, bo się jeszcze skaleczysz. – Powiedział opanowanym głosem strażnik.
- Zobaczcie mamy buntownika. – Powiedział szyderczo i się zaśmiał a wraz z, nim jego towarzysze, którzy stanęli już po obu stronach faceta. Jeden z nich poszedł z nią na przód samolotu po chwili wrócił z druga stewardesą, której związał ręce.
- Nie jestem buntownikiem tylko strażnikiem. Puść tą miłą panią i walcz ze mną na równych warunkach jak pewnie zauważyłeś ja nie mam żywej tarczy, nawet noża nie mam. – Powiedział bezradnie rozkładając ręce. Wiedziałam, że ma przy sobie kołek. Miał na sobie swój zwykły strój ciemne spodnie, bluzkę i płaszcz, który miał na sobie praktycznie zawsze.
- Skoro jesteś strażnikiem nie powinieneś mieć czasem kołka? Czy może przeszedłeś na emeryturę? – Spytała ze śmiechem kobieta.
- Sądzę, że to nie twoja sprawa. – Zwrócił się do niej Dymitr takim tonem, że kobieta od rabusie wręcz skurczyła od strachu i nie dziwie się. Po czym brunet odwrócił się z powrotem do faceta. – A teraz wypuść panią. – Powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu. – A może się boisz? – Facet wypuścił stewardesę w stronę swojego współpracownika. Dymitr od razu wyskoczył z naszego rzędu siedzeń i zaczął z, nim walczyć, wyskoczyłam zaraz za, nim, rzuciła się na mnie kobieta. Instynktownie zaczęłam się bronić. Nie trafiła mnie ani razu, ale zaczęłam dostrzegać idealne momenty do ataku, kopnęłam ją w brzuch lewą ręką, kiedy próbowała zadać mi prawy sierpowy instynktownie złapała się, za to miejsce. Wykorzystałam sytuacje i uderzyłam ją dwoma palcami w krtań, nie wiem skąd to wiedziałam, ale byłam pewna, że nic jej się nie stanie. Zaczęła walczyć z bólem gardła, przyszpiliłam ją do ziemi.
- No ładny pokaz a teraz ich puśćcie. – Usłyszałam nagle głos nad bliźniętami stał facet, który wyszedł do przodu samolotu. Nie zauważyłam jak tu przychodził teraz trzymał nóż zaraz przy gardełku Clary przy szyjce Joanna miał ostro zakończony szpikulec. Spojrzałam na Dymitra, obok, którego leżał na podłodze mąż kobiety, która leżała przede mną a on sam trzymał drugiego faceta za szyję i wpatrywał się z przerażeniem w mężczyznę z nożem i szpikulcem. – To co puścicie ich po dobroci czy mam się postarać aby wasze śliczne pociechy długo już sobie nie pożyły.
- Zostaw je one nie mają z tym nic wspólnego! – Wykrzyknęłam. Wszyscy byli skuleni na swoich miejscach i patrzeli na całą sytuację w przerażeniu. Spojrzałam jeszcze raz na bruneta i już wiedziałam co mam robić.
Bardzo powoli odsunęłam się od kobiety, która wstała z trudem i złapała się za gardło. Dymitr lekko zacisną rękę na gardle faceta, po czym go puścił. Nóż i szpikulec zostały oddalone od bliźniąt, ale wciąż było zagrożenie, że coś może, im się stać.
- Zostaw je w spokoju ty dupku. Powiedziała nagle jedna z nastolatek i uderzyła go laptopem i to dość mocno facet upadł na podłogę. Dymitr od razu złapał faceta przy, którym stał za szyję i jednym ruchem drugiej ręki pozbawił go przytomności. Ja również złapałam ponownie kobietę i już chciałam pozbawić ja przytomności, kiedy wychrypiała.
- Dobra już spokojnie puść mnie będę grzeczna. – Opuściłam rękę wiedziałam, że nie będzie chciała już atakować. Dymitr od razu podbiegł do bliźniąt patrząc czy nic, im nie jest, gdy zobaczyłam, że się uspokaja uściskałam dziewczynę, która zadała cios facetowi, którego właśnie brunet wyciągnął na środek. Podszedł do stewardesy, która była związana i rozciął jej więzy. Gdy już uściskałam dziewczynę powiedziałam- Bardzo ci dziękuje nie wiem, co bym zrobiła, gdyby coś, im się stało.
- Nie ma za co przecież tylko uderzyłam tego faceta w głowę, ale to co wy z nimi zrobiliście to było możne. Uczyliście się walczyć?
- Nie wiem. – Powiedziałam i spojrzałam na bliźnięta. Podbiegłam do nich i je obejrzałam, na szczęście nic, im się nie stało. W tym samym czasie Dymitr znalazł jakiś sznurek i związał wszystkich zamachowców i umieścił ich z tyłu samolotu. Po chwili wrócił do nas. Ja wciąż klęczałam przed bliźniętami dokładnie je oglądając.
- Wszystko w porządku? – Spytał ujmując mój policzek i przyglądając mi się.
- Tak, nic mi nie jest a ci? – Nie wyglądał na uszkodzonego.
- Nie nic mi się nie stało.
- To skąd umiecie tak walczyć? – Spytała ponownie dziewczyna.
- Ja uczyłem się w Rosji, a potem nauczyłem Rose. – Powiedział Dymitr bardzo spokojnym głosem.
- A nauczyłbyś mnie też? – Spytała podekscytowana reszta dziewczyn też wyjrzała na nas zza siedzeń z ciekawością. Rozejrzałam się dookoła wszyscy pasażerowie na nas patrzeli. W ich oczach widziałam podziw.
- Wątpię aby do końca lotu udało mi się nauczyć ciebie, chociaż trochę podstaw. A wątpię abyśmy się jeszcze kiedyś spotkali. – Powiedział Brunet biorąc na ręce Joanna. Wyjął z torby herbatkę w butelce i mu ją podał. Usiadłam na swoim miejscu i zrobiłam to samo z Clarą. Na twarzy Dymitra był spokój i radość.
- A wiesz, że my już się kiedyś uczyłyśmy walczyć u pewnej kobiety. Jak ona się nazywała? – Dziewczyna zwróciła się do swoich koleżanek, przez chwile kombinowały, po czym jedną z nich olśniło.
- Tasza Ozera. – Twarz bruneta stężała a mięśnie się napięły chyba ją znał.
- No właśnie ona świetnie walczyła i kiedyś jej powiedziałyśmy, że jest najlepsza a ona na to tak: „ Ja nie jestem najlepsza, najlepsi są ci, którzy mają tatuaż na karku w kształcie litery S, a ci najlepsi z najlepszych mają jeszcze różne znaczki w koło”. Ciekawe, o co jej chodziło. Macie takie tatuaże? – Spytała.
- Tak. – Odpowiedział ukradkowo Dymitr nawet na nią nie patrząc.
- Mogę zobaczyć? – Spytała była jak fanka swojego idola.
- Wolałbym nie. – Odparł chłodno, miła nutka, która była w, nim na początku znikła.
- No weź nie bądź przymul. Co to takiego? To tylko tatuaż. – Nalegała dziewczyna.
- Zostaw Suzana. Pewnie się wstydzi, bo nie ma tych specjalnych znaczków. Pamiętasz ona nam nawet wspominała o jednym takim, który miał tych znaczków kilka i, że on jest nie do pokonania.
-Aha no pewnie tak ., Cicho jak tamten się nazywał coś na D z takim dziwacznym nazwiskiem.
- To nie było czasem jakoś Drimitr czy jakoś tak, a nazwisko Bielkow. Ona stwierdziła, że on jest nie do pokonania chciałabym go poznać. Znasz go? – Spytała dziewczyna. Spojrzałam na Dymitra, na jego ustach igrał uśmiech.
- Oczywiście, że znam to mój brat bliźniak. – Powiedział. Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. – Rose uspokój się. Ludzie się na nas patrzą.
- Tylko, że on nie miał brata a na pewno nie bliźniaka. – Powiedziała trzecia z dziewczyn.
- Skąd to wiesz? – Spytał strażnik.
- Bo miał same siostry. – Powiedziała. – Po za tym wszyscy znają historie Dymitra Bielkowa i Rosmarie Hathaway. – Szczena mi opadła. Skąd ona to wszystko wiedziała. Chyba zauważyła nasze zdziwienie na twarzach. – Chyba nie sądziliście, że informacje z waszego świata nie przeciekają do naszego. Może i jesteśmy tylko głupimi nastolatkami, ale swoje wiemy. Są strony internetowe, na których są opisywane historie ze świata wampirów i dampirów o tej parze sporo się tam pisze. – I nagle wybuchła śmiechem tak jak jej koleżanki. – Chcielibyście zobaczyć swoje twarze. To wszystko legendy wymyślone przez jakąś tam pisarkę podajże Richelle Mead. Pamiętacie ta książkę? – Zwróciła się do koleżanek.
- NO, a nie była super. A Dymitr chciałabym mieć takiego trenera.
- No ja tez a Rose za przyjaciółkę… - Odwróciły się pogrożone w rozmowie na temat książki.
- Co to było? – Spytałam Dymitra.
- To się nazywa: nastolatki. – Odpowiedział z uśmiechem.
- Fajnie, ale ja taka nie byłam? – Spytałam z nadzieją.
- Nie ty byłaś gorsza. – odpowiedział z chytrym uśmieszkiem. Bliźnięta zasnęły. A reszta podróży minęła nam w spokoju. Kapitan przyszedł na podziękować za złagodzenie sprawy z porywaczami. W końcu zaczęliśmy lądować. Na lotnisku stały już radiowozy, które miały wziąć niedoszłych porywaczy. My szybko się z stamtąd zniknęliśmy aby nikt nas nie zauważył. Dymitr powiedział, że musielibyśmy odpowiadać, wtedy na kłopotliwe pytania. Pod lotniskiem na parkingu czekała na nas czarna terenówką. W środku siedział dampir, kiwnęli sobie głową z Dymitrem. Brunet usiadł z przodu a ja wraz z bliźniętami z tyłu.
- Dymitr mama pytanie. – Powiedziałam wychylając się z pomiędzy siedzeń.
- Słucham. – Powiedział wciąż patrząc przed siebie.
- Kim jest Tasza Ozera? – Widziałam, że już się wacha przed udzieleniem mi odpowiedzi. – I nie mów, że to nic, bo widziałam jak zareagowałeś, gdy tamta dziewczyna wypowiedziała to imię. – Na chwile zamknął oczy, po czym na mnie spojrzał. Wiedziałam, że wraca do tych wspomnień niechętnie.
- To kobietka, której wole nie pamiętać. Kiedyś była moją przyjaciółką, lecz przez to, co zrobiła tobie nie umiem jej wybaczyć.
- S co mi zrobiła? – Spytałam niepewnie.
- Prawie cię zabiła i to nie tak dosłownie, że chciała cię po prostu zabić wymyślała intrygę, w której miałaś zagrać główną rolę spychając ją na drugi plan.
- A jaka była ta rola? – Spytałam zdenerwowana.
- Miałaś być morderczynią nie, byle kogo tylko królowej. – Usiadłam z powrotem na swoim siedzeniu.
No to ładnie wygląda na to, że mam nie tylko jednego wroga, ale całą masę. Miałam chyba kiedyś skłonności samobójcze, skoro zadzierałam z tyloma ludźmi. Resztę drogi spędziliśmy w ciszy z radia leciała co chwile inna piosenka, a każda z innego zakątku świata, jak to określili sekta dookoła świata. Niektóre piosenki były śpiewane w dziwnych językach, była też jedna po rosyjsku, Dymitr słuchając jej uśmiechał się po nosem.
Co chwile były także podawane ciekawostki dotyczące piosenek i ich autorów. Wrzeście dojechaliśmy do Akademii. Podjechaliśmy pod duża żelazną dwuskrzydłową bramę. Obok brany był niewielki budynek zapewne dyżurka. Nasz kierowca otworzył bramę przyciskiem przy tablicy rozdzielczej. Brama zaczęła się otwierać. Przejechał przez nią, gdzie zastąpił nam drogę dampir w ciemnych spodniach, bluzce i kurtce. Podszedł do drzwi kierowcy.
- Cześć. – Rzucił do kierowcy. Następnie kiwną w stronę Dymitra. – Witam z powrotem strażniku Bielkow. – Spojrzał na mnie jego usta się wykrzywiły w uśmiechu. – I witam także naszą piękną strażniczkę Hathaway. – Skinęłam głową uśmiechając się lekko nie miałam zielonego pojęcia, kto to jest. – Uprzedzę was, że po szkole rozniosła się plotka o waszym przyjeździe, więc życzę powodzenia. – Powiedział z chytrym uśmieszkiem i nas puścił. Bliźnięta się obudziły i teraz z zaciekawieniem patrzyły na nowe otoczenie, jechaliśmy droga po obu stronach rósł rząd drzew. W oddali przed nami było już widać budynek, który z każdą chwilą robił się coraz większy.
Był to wielki budynek w oknach pomimo tego, że był ludzi dzień było kilku ludzi pewnie uczniów akademii, patrzeli jak mijaliśmy budynek, choć nie mogli nas dojrzeć, bo szyby były przyciemniane tak, że tylko my ich widzieliśmy. Objechaliśmy budynek i zatrzymaliśmy się na parkingu przy wejściu stała Alberta i jeszcze jakiś inny strażnik. Wysiedliśmy z samochodu Alberta podeszła do nas z uśmiechem.
- Witajcie, dyrektora niestety nie a czasu, ale kazała nam ulokować was w pokojach gościnnych, zostaniecie największy pokój. – Wszystko to mówiła z uśmiechem.
- Witaj Alberto. Dziękujemy za wszystko. Nie zabawimy tu zbyt długo, ale parę dni na pewno tak. Chciałbym pokazać Rose kilka miejsc. – Powiedział Dymitr ściskając rękę Alberty, która przed chwilą wyciągnęła ją w jego stronę, gdy już ją puścił wyciągnęła ją do mnie ujęłam ją ściskając lekko i uśmiechając się.
- No to, co, gdzie Clara i Joanna? – Spytała.
- W samochodzie. Już po nie idziemy. – Odpowiedziałam i ruszyłam do tylnych drzwi samochodu, wyjęłam nosik Joanna wręczając go brunetowi a sama wzięłam Clare.
- Ależ one urosły. – Powiedziała Alberta0 patrząc na bliźnięta. – No dobra chodźmy wasze torby ktoś odbierze. – Ruszyła w stronę wejścia poszliśmy za nią. Za drzwiami był hol recepcja, a może dyżurka nie wiem i schody. Było to całkiem ładne pomieszczenie rozświetlone przez duże okna. Zauważyłam, że zza schodów wygląda jakiś chłopak.
Alberta ruszyła na górę, gdy tylko zobaczyła gapia odwróciła się w ich stronę.
- A ty tu co już do swojego pokoju, chyba że chcesz jutro na treningu dziesięć dodatkowych obrażeń. – Chłopak od razu czmychnął do swojego pokoju. – Nie przejmujecie się, nim to jeszcze nastolatek ma swoje potrzeby do roznoszenia plotek. – Powiedziała i zaczęła dalej wspinać się po schodach a my za nią. Dymitr wyglądał na takiego, który w ogóle nie zawraca uwagi na otoczenie, podejrzewałam, że nie potrzebowałby Alberty aby trafić do naszego pokoju. Skręciliśmy w korytarz oświetlony przez okno na jego końcu i łapmy. W końcu stanęliśmy przed drzwiami o numerze S4 obok drzwi był czytnik. Alberta Wyjęła kartę i przejechała nią po czytniku usłyszeliśmy piknięcie i drzwi stanęły przed nami otworem.
Weszliśmy do sporych rozmiarów pokoju było tu duże podwójne łóżko, okrągły stół z czterema krzesłami, komoda i szafa, po prawej były drzwi.
- To jest teraz wasz pokój tam macie łazienkę. – Powiedziała wskazując na drzwi po prawej. – A tam. – Wskazała na drzwi przy łóżku, których wcześniej nie zauważyłam. – Drugi pokój. To ja już pójdę. Dymitr wiesz jak wszystko tu wygląda, więc sobie poradzicie. – Powiedziała i ruszyła w stronę wyjścia.
- Dzięki. – Powiedział Dymitr ona tylko się odwróciła i nam kiwnęła, po czym wyszła. Spojrzałam na Dymitra wyglądał na zmęczonego przez całą podróż wydawał się czujny, ale teraz był zmęczony zresztą jak ja. Po chwili zostały przyniesione nasze torby, szybko je rozpakowaliśmy i szykowaliśmy się do spania, bliźnięta zostały wykapane, nakarmione i utulone do snu. Okazało się, że w drugim pokoju są dwa łóżeczka i inne przybory potrzebę dla dzieci, ktoś się nad tym napracował. Dziwne, że ktoś w ogóle o tym pomyślał. Poszłam się wykapać, po czym przebrałam się w koszulkę nocną. Dymitr wszedł po mnie do łazienki. Zajrzałam jeszcze do bliźniąt, które smacznie spały, zostawiłam otwarte drzwi i położyłam się na łóżku po swojej stronie. Nie wyłączałam jeszcze światła, bo za chwile miał przyjść Dymitr. Do akademii dotarliśmy po 18 czasu ludzkiego, więc niedługo szkoła się obudzi, chociaż już chyba zaczęła się budzić, bo słyszałam przez uchylone okno odgłosy rozmów i śmiechów. Wstałam i otworzyłam szeroko okno, byliśmy na drugim piętrze, więc trzy poziomy niżej szła grupka nastolatków, rozmawiając o czymś.
- Hej zaczekajcie! – Nagle ktoś krzykną za nimi wybiegając zza rogu był to ten sam chłopak, którego pogoniła Alberta. Grupka zaczekała na niego rzucając mu kąśliwe uwagi, z których wszyscy się śmieli.
- Haha bardzo zabawne, gdy usłyszycie co mam do powiedzenia będziecie mi zazdrościć.
- Ta a czym ty możesz nam zaimponować co? – Spytał jeden zwiększysz chłopaków z wyższością.
- Widziałem ich. – Powiedział tamten.
- Jak to ich widziałeś? Przecież oni mieli jednak nie przyjechać. – Powiedział wysoki.
- No widziałem ich. Szedłem właśnie do pokoju, kiedy usłyszałem jakieś głosy w holu, więc zakradłem się za schody. A oni tam byli przy nich stała Alberta, prowadziła ich do pokoi dla gości no, ale, wtedy mnie zauważyła.
- Dałeś się nakryć nieźle, ale opowiedz coś o Bielkowie I Hathaway. – Powiedziała jedna z dziewczyn.
- No musze powiedzieć, że legendy co do ich prezentacji nie są fałszywe.
- Mógłbyś mówić normalnie. – Obruszył się jeden z niższych chłopaków wyglądających jak osiłki.
- No co do tego jak wyglądają ona ma może z metr sześćdziesiąt a on prawie dwa metry. O i nieśli ze sobą nosiki z dziećmi. – Całe towarzyszko było zaskoczone.
- A, więc to prawda? Nie sądziłam, że to prawda.
- Tak i to w dodatku nie ma innej opcji aby to nie były dzieci tej dwójki one były identyczne jak Bielkow i Hathaway.
- Przecież to nie możliwe.
- Ej możemy gadać po drodze, bo na śniadanie się spóźnimy? – Spytała jedna z dziewczyn. Wszyscy chyba zaakceptowali propozycje, bo ruszyli, przez co nie mogłam nic więcej usłyszeć, ale chłopak chyba dopowiadał dokładniej ro jak wyglądamy ponownie uchyliłam okno i położyłam się do łóżka. Po chwili przyszedł Dymitr i położył się obok mnie.
- Wiesz, że nastolatki o nas rozmawiają? – Spytałam go.
- Jak to? Skąd wiesz? – Spytał patrząc na mnie.
- Słyszałam jedną taką rozmowę pod naszym oknem. – Powiedziałam.
- Ciekawe chyba nasz przyjazd wzbudził poruszenie. – Powiedział śmiejąc się i włączając światło, zasłony już szybciej zostały zasłonięte, więc w pokoju zrobiło się ciemno. Przysunęłam się do Dymitra i się do niego przytuliłam, on objął mnie ręka tak, że położyłam głowę ja jego piersi wsłuchiwałam się w jego oddech, który powoli zaczął się uspokajać, czyli było to oznaka, że zasypia. Po chwili ja również zasnęłam wsłuchana w jego oddech.
Rano, gdy się obudziłam na dworze było jeszcze ciemno. Dymitra już nie było jego miejsce było zimne, czyli wyszedł już jakiś czas temu. Zajrzałam do bliźniąt jeszcze spały nakryłam je, więc kocykami i poszłam do łazienki. Przebrałam się w codzienny strój i zaścieliłam łóżko. Jak kładłam właśnie narzutę na łóżko, do pokoju wszedł Dymitr miał ze sobą rację, na której było śniadanie. Były to naleśniki.
- Hej. Widzę, że już wstałaś to dobrze, bo bliźnięta są już nakarmione i poszły jeszcze spać. A my zjemy śniadanie, przebierzesz się i idziemy.
- Hej. Jak to się przebiorę? – Dymitr spojrzał na mnie znad śniadania, które właśnie rozkładał.
- idziemy się przejść a w dresie będzie ci wygodniej. – Powiedział z uśmiechem a ja wiedziałam, że coś kombinuje. Usiadłam do śniadania. Nałożyłam sobie naleśnik, Dymitr zrobił to samo nakładając na niego twarożek ja nałożyłam na swojego dżem.
- A co z bliźniętami? – Spytałam biorąc kęs naleśnika.
- Przyjdzie się nimi zaopiekować Alberta, mówiła, że to dla niej żaden problem.
- Aha, . – Kiwnęłam przełykając i pijąc sok.
Po śniadaniu szybko się przebrałam w wygodny dres i koszulkę na ramiączkach na to bluzę i wygodne buty. Przyszła Alberta, gdy wychodziliśmy powiedziała żebyśmy się dobrze bawili. Dymitr prowadził mnie różnymi korytarzami wskazując jakieś sale i mówiąc mi co tam się znajduje. Wszystkie korytarze były opustoszałe, bo była już w zasadzie morojską noc, a na dowrze właśnie wschodziło słońce. Trafiliśmy w końcu na sale treningową.
- Co do akademii to tutaj spędziliśmy najwięcej czasu. – Powiedział brunet.
- Już chyba wiem, po co był mi dres. – No jasne przecież od razu mogłam się domyślić, że będzie chciał nam zrobić trening.
- To co rozgrzewka. – Powiedział Dymitr z cwanym uśmieszkiem.
Zrobiliśmy rozgrzewkę, stwierdziłam, że wysiłek fizyczny dobrze mi robi. Po rozgrzewce stanęliśmy na macie naprzeciw siebie.
- Walczymy. Zdejmij bluzę, będzie ci wygodniej. – Powiedział.
- Tyle, że ja nie umiem walczyć. – Stwierdziłam.
- Umiesz tylko jeszcze o tym nie wiesz. Rób to, co ci podpowiada instynkt. – Powiedział stojąc w pozycji, która sugerowała, że za chwile zaatakuje a ja dalej stałam tak jak stałam. Zaatakował wymierzając cios prawą ręką chciał mnie uderzyć w bok twarzy, uniosłam lewa rękę dzieci czemu jego ręka nie dostała się do mojej głowy. Dymitr uśmiechnął się zadziornie i zaczął dalej atakować, ograniczałam się do bronienia jego ciosy były szybkie cudem się przed nimi broniłam. Po chwili zaczęłam zauważać idealne momenty do zadania ciosu i w końcu odważyłam się wymierzyć mu kopniaka w lewy bok, złapał jednak moją nogę. Tym samym jednak nie zabezpieczył lewej strony twarzy co od razu wykorzystałam zamachując się ręką puścił moja nogę i obronił się przed ciosem. Walczyliśmy dalej o dziwo umiałam przewidzieć jego ciosy, ale on moje również. W zasadzie w ogóle się nie uderzaliśmy tylko broniliśmy. On był silny a ja drobna, więc wykorzystywałam jego siłę przeciw niemu. Pomimo wysiłku nie czułam żebym traciła siły wręcz przeciwnie miałam jej coraz więcej. I właśnie, wtedy poczułam jeden ruch ręki mojego przeciwnika, który złapał mój nadgarstek wykręcił mnie do tyłu złapał za drugi i nie wiem jakim cudem nagle znalazłam się naprzeciw Dymitra on trzymał moje ręce za moimi palcami. Spojrzałam w jego oczy. Zobaczyłam w nich tęsknotę i miłość, miał przyśpieszony oddech tak samo, jak ja. Zaczął się do mnie nachylać i, wtedy rozległy się brawa odskoczyliśmy od siebie. Przy wejściu stał mały tłumek nastolatków, którzy klaskali i się śmiali. Spojrzałam na Dymitra nasze oczy się spotkały roześmialiśmy się, po czym się ukłoniliśmy co wywołało jeszcze większa burzę oklasków.
- Chodź. – Dymitr pociągnął mnie za rękę szybko wzięłam swoją bluzkę i ruszyłam za, nim.
- Hej, a może, by jakaś lekcyjka? – Krzyknął za nami jeden z uczniów.
- Może, kiedy indziej. – Odkrzyknęłam. Dymitr poprowadził mnie do drzwi po drugiej stronie Sali, które prowadziły na dwór. Była piękna pogoda słońce fajnie nas ogrzewało a lekki wietrzyk chłodził.
- Mówiłem, że umiesz walczyć. – Zaśmiał się Dymitr.
- Tak, tak mówiłeś co teraz? – Spytałam.
- Teraz zabiorę cię w specjalne miejsce. – Powiedział tajemniczo i ruszył przed siebie ścieżką.
- Czyli gdzie? – Spytałam z ciekawością.
- To niespodzianka. – Ścieżka prowadziła w głąb lasu, szliśmy na przez dobre dwadzieścia minut, zanim doszliśmy chyba do celu. Było widać ze brunet zna te tereny jak własna kieszeń, spodziewałabym się wszystkiego, ale nie tego co zobaczyłam, czyli niewielkiej chatki z drewna.
- To była kiedyś wartownia strażników. – Powiedział Dymitr.
- To jest twoja niespodzianka. – Spytałam zaskoczona.
- Tak, chodź. – Wyciągnął rękę którą wzięłam, ruszyliśmy w stronę chatki. Dymitr otworzył drzwi.
Okazał się przed nami niewielki pokoik było widać też przejście do kuchni. W środku było przytulnie dzięki ogniu rozpalonemu w kominku. Po za kominkiem był tu stolik, łóżko i niewielka szafka. Odwróciłam się do Dymitra.
- No to, co tutaj jest takiego niezwykłego? – Spytałam.
- To tutaj odważyłem się ciebie pokochać. – Powiedział poważnie.
- Co to znaczy? – Nie wiedziałam co ma na myśli.
- To znaczy, że tutaj pierwszy raz pokazałem ci co do ciebie czuje. Zawsze ukrywałem swoje uczucia do ciebie, bo nie mogłem ich okazywać. Wiedziałem od dawna, że cię kocham, lecz nigdy nie miałem dość odwagi aby znaleźć jakiś sposób. Zawsze się wymigiwałem, że miłość przeszkodzi mi w moich obowiązkach. I, wtedy po prostu ta chatka odmieniła wszystko, wiedziałem już co mam robić abyśmy byli razem. Niestety, nasze szczęście nie trwało długo. Był atak na Akademie no i ja zostałem przemieniony… - Widziałam, że się waha. – w strzygę opowiadałem ci kiedyś o nich. Ni jestem dumny z tego co robiłem w czasie bycia strzygą szczególnie tego co zrobiłem tobie. – Widziałam ból w jego oczach. Nie naciskałam, żeby mi powiedział co zrobił. – Wtedy zostałem odmieniony kochałem cię wciąż, lecz nie umiałem sobie wybaczyć tego co robiłem tobie co robiłem ludziom. Gdy razem uciekaliśmy wiedziałem, że moje uczucia do ciebie wzrosły, że stały się silniejsze, a potem jak zostałaś postrzelona… - Wiedziałam, że mówienie tego wszystkiego sprawia mu duży ból.
- Nie musisz mi tego mówić. – Powiedziałam chcąc przerwać mu ten ból.
- Tyle, że ja chce ci to powiedzieć w zasadzie wszystko kończy się na tym, że cię kocham i nie umiem bez ciebie żyć. Gdyby coś ci się stało nie umiałbym już żyć. Gdy byłaś w śpiączce tylko bliźnięta utrzymywały mnie przy zdrowych zmysłach, wiedziałem, że ty chciałabyś abym się nimi zajął. – Przytuliłam się do niego a on mocno objął mnie rękami podniosłam lekko głowę do góry twarz Dymitra była kilka centymetrów od mojej nachylił się i lekko musną swoimi ustami moje. Były ciepłe i miękkie wyswobodziłam swoje ręce i lekko przewiesiłam mu je przez szyje przyciągając go bliżej. Nasze usta złączyły się w pocałunku.
Wtedy właśnie wszystko zaczęło do mnie wracać. Poznanie Lissy, wspólne wieczory, wypadek, ucieczka ze szkoły, czasy po za szkołą, pierwsze spotkanie z Dymitrem, powrót do szkoły, treningi, powoli dojrzewającą miłość, nasz pierwszy pocałunek pod wpływem uroku, porwanie i uwolnienie Lissy, poznanie Adriana i taszy, walka z pierwszymi strzygami, śmierć Mansona, testy praktyczne, pierwsze spotkanie z duchami, Mansonem, w walka z Dymitrem na placu, mój napad złości, chatka, atak strzyg, przemiana Dymitra, podróż do Rosji i tak aż do momentu ślubu. Odsunęłam się od Dymitra.
- Wszystko pamiętam! Przypomniałam sobie. – Powiedziałam praktycznie krzycząc a łzy szczęścia poleciały mi z oczu widziałam uśmiech na twarzy mojego ukochanego, kiedy ocierał moje łzy. – Wszystko do mnie wróciło tylko dzięki tobie, dziękuje ci. Kocham cię. – Powiedziałam przyciągając do siebie, jego twarz. Złożyłam pocałunek na jego ustach. Dymitr wziął mnie na ręce i zaczął się ze mną kręcić. Oboje się śmialiśmy, upadliśmy na łóżko.
- Chyba to zaplanowałeś towarzyszu. – Stwierdziłam uśmiechając się i patrząc mu w oczy.
- Wszystko wyszło raczej spontanicznie. – Znowu zaczęliśmy się całować jego ręce spoczywały na mojej tali przyciągając mnie bliżej. Ja jedna rękę wplątałam w jego włosy zdejmując mu gumkę druga miałam na jego szyi. Nasze pocałunki stały się bardziej namiętne. Powoli zaczęliśmy zdejmować z siebie ubrania. Każdy jego dotyk palił żywym ogniem. Całowaliśmy się dalej, gdy nasze ubrania lądowały na podłodze. Nasze ciała złączyły się w jedno nasze ruchy się dopełniały. Wiedziałam, że kocham Dymitra za wszystko co robi, za każdy jego dotyk, słowo. Dymitr patrzył mi w oczy widziałam w nich miłość. Gdy było już po wszystkim leżeliśmy obok siebie patrząc sobie w oczy. Dymitr gładził mi plecy.
- kocham cię- powiedział i mnie pocałował…


Księga I rozdział XXXIX

Obudził mnie dotyk na ramieniu. Otworzyłam oczy, przede mną był Dymitr.
- Dzień dobry. - Powiedział z uśmiechem.
- Dzień dobry. - Odpowiedziałam przeciągając się. - Coś się stało?
- Nic ważnego ale za jakieś pół godziny masz wizytę u lekarza.
- Nie chcę tam iść. – dobry humor od razu się mi ulotnił.
- Mam iść z tobą? - Spytał.
- Nie, poradzę sobie . - Powiedziałam wstając. Ruszyłam w stronę szafy wyjęłam z niej ubrania i ruszyłam do łazienki, szybko się umyłam i przebrałam. Zeszłam na dół. Dymitr krzątał się po kuchni, a bliźnięta siedziały w kojcu oglądając bajkę.
- Co byś chciała na śniadanie? Nie ma za wiele czasu ale…
- A nie wiem, a co robisz dla siebie? – Przerwałam mu ,patrząc na kuchenkę gdzie na patelni smażyła się pokrojona kiełbaska.
- Jajecznice.
- A to może być jajecznica. – powiedziałam a ślinka od razu napłynęła mi do ust.
- Ok. - Powiedział i wlał na patelnie jajka, po chwili stanął przede mną talerz z pachnącą potrawą.
Zaczęłam zachłannie jeść jajecznica była pyszna.
- Pyszna ta jajecznica. - Powiedziałam do bruneta uśmiechając się z nad talerza.
- Dziękuje. - Powiedział z uśmiechem.
Gdy skończyłam,  umyłam swój talerz i poszłam w stronę przedpokoju. Założyłam buty na nogi i weszłam jeszcze do salonu, podeszłam do kojca i ucałowałam bliźnięta w czółka, następnie zwróciłam się w stronę Dymitra, który stał opary o framugę w drzwiach do kuchni, uśmiechał się.
- To ja chyba muszę już iść. – Powiedziałam i ruszyłam do drzwi wyjściowych. – Zamierzasz gdzieś wychodzić? – Spytałam jeszcze, bo nie wiedziałam, czy mam wsiąść klucze.
- Może pójdę na spacer z bliźniakami.
- Aha, ok. – Powiedziałam biorąc jedną parę kluczy. – To ja lecę na razie. – Powiedziałam wychodząc z mieszkania.
-Na razie. – Powiedział Dymitr i zamknął za mną drzwi.
Ruszyłam w stronę drzwi prowadzących na dwór, a potem w stronę szpitala, o dziwo nawet nieźle zapamiętałam trasę. Po chwili stałam już w recepcji. Pielęgniarki uśmiechnęły się do mnie witając mnie.
- Przepraszam, gdzie znajdę doktora Paula? – Spytałam.
- W jego gabinecie musi pani iść cały czas prosto, tym korytarzem. – Wskazała mi korytarz po lewej. – Gabinet jest ostatnim pomieszczeniem po lewej stronie.
- Dziękuje. – Powiedziałam uśmiechając się. Ruszyłam w stronę korytarza wskazanego przez pielęgniarkę. Znalazłam gabinet i zapukałam. Usłyszałam, że ktoś mówi „proszę”. Weszłam do środka. Był to niewielki pokoik był pomalowany na pomarańczowo. Na środku stało biurko za, którym na krześle obrotowym siedział Dr. Paul. Wpatrywał się w komputer i stukał palcami w klawiaturę. Lekarz odwrócił się w moją stronę z uśmiechem.
- Dzień dobry jak się czujesz? – spytał.
- Dzień dobry, dobrze, przypomniałam sobie ostatnio jedno zdarzenie…
- No to bardzo dobrze, mam już twoje wyniki. Nie chciałem ich na razie otwierać ale myślę że teraz powinnaś otworzyć je ty.
- Nie, wole żeby pan to zrobił.

- skoro tak chcesz - Wyjął jakąś kopertę ze sterty papierów. Otworzył ją szybkim ruchem i wyjął z niej kartki.
- Co my tu mamy? – Spytał sam siebie i zaczął czytać, szybko przeglądając treść jego mina była nieudogodniona.
Ciekawe co tam jest, czy jest możliwość abym odzyskała pamięć? Czy mój mózg wciąż chce walczyć?
- Dobrze, już wiem czego możemy się spodziewać i to nie są dobre wieści. – Powiedział ponuro, a ja wstrzymałam oddech.
- Co to znaczy? – spytałam nerwowo.
- To znaczy, że wedle opisu twój mózg już przestał sobie przypominać, że nie ma już takich ambicji. Twój umysł zaczął się skupiać na zrozumieniu nowych bodźców część mózgu odpowiadające za pamięć przestała działać nazwijmy to wyłączeniem się.
- Czy to oznacza, że ja już sobie nic nie przypomnę? – Spytałam zdezorientowana.
- Najprawdopodobniej jest bardzo małe prawdopodobieństwo, że sobie coś jeszcze przypomnisz.
- A to, co sobie przypomniałam ostatnio? – Spytałam z nadzieja.
- To była pierwsza twoja reakcja zobaczenie nowych ludzi, ale to nic nie zmienia teraz już raczej nic sobie nie przypomnisz. Jest także możliwość, że będziesz co jakiś czas tracić pamięć całkowicie i od nowa będziesz musiała wszystko poznawać.
- Tak jak w „0 pierwszych randek”?
- Tak dokładnie coś w tym stylu.
- O matko. – Zwiesiłam głowę załamana nic sobie już nie przypomnę .
- Dobrze się czujesz? Nie jest mi miło to mówić, ale to jest prawda, a uważam, że nie powinienem jej przed tobą ukrywać.
- Tak wiem dziękuje. Muszę, to wszystko sobie poukładać.
- Zadzwonić po strażnika Bielkowa? – Spytał lekarz.
- Nie, poradzę sobie nie chce go martwić.
- Dobrze rozumiem.
- To ja już pójdę. – Powiedziałam wstając. – Dziękuje, dowiedzenia.
- Dowiedzenia. – Usłyszałam zamykając drzwi.
Zaraz za drzwiami zatrzymałam się nie wiedziałam co myśleć. Co robić.
Nic sobie już nie przypomnę. Nie przypomnę sobie bliźniąt ani czasów mojej młodości, tego co czułam do Dymitra. Niczego sobie nie przypomnę, co więcej mogę zapomnieć wszystko, co już wiem na ta chwilę. Poczułam łzy w oczach. Ruszyłam szybkim krokiem w stronę wyjścia ze szpitala. Gdy byłam w recepcji pielęgniarki kiwnęły do mnie, lecz ja je zignorowałam pobiegłam dalej. Na dworze owiało mnie chłodne powietrze. Przystanęłam wzrok miałam zniekształcony przez łzy coraz bardziej wzbierające się w moich oczach. Pobiegłam, kiedy nagle na kogoś wpadłam, upadłam, ale szybko się podniosłam i chciałam ruszyć dalej, lecz dziewczyna w którą wpadłam ani myślała o przepuszczeniu mnie.
- Kogo ja widzę legendarna Rosmarie Hathaway, złodziejka cudzych narzeczonych. – Otarłam łzy, zobaczyłam szyderczo uśmiechająca się Aleksandrę.
- Nikomu nie ukradłam narzeczonego? – Powiedziałam słabo.
- Nie a ja to co? Miałam już pierścionek na palcu my rozmawialiśmy już o ślubie. – Wszystko to mi wykrzyczała prosto w twarz nie do końca wiedziałam, o co jej chodzi. Nie pamiętałam nic na ten temat i nie będę wiedziała.
- Nie wiem, o co ci chodzi. – Krzyknęłam.
- Tak jasne straciłaś pamięć. Ty po prostu nie mogłaś znieść tego, że nie jesteś w centrum uwagi, że już jesteś tą, do której wzdychają faceci na każdym kroku. Czy ty nie rozumiesz, że nie jesteś pępkiem świata. Jesteś tylko marną strażniczka, która już nawet nie pracuje jako strażniczka. Co więcej ty nawet nie pamiętasz przecież jak się walczy! – Krzyknęła a ja nie wytrzymałam i wymierzyłam jej cios pięścią w samo oko, poleciała do tyłu, w czasie, gdy była w szoku ominęłam ją i odeszłam szybkim krokiem. Usłyszałam jeszcze jak mówi, że jeszcze się policzymy, choć to do mnie nie dotarło.
Wbiegłam szybko do domu otwierając drzwi, gdy mu uległy nie męczyłam się aby je zamknąć ponownie. Wbiegłam na górę nawet chyba nie wiem dlaczego i pod wpływem impulsu wybiegłam na balkon. Zaczerpnęłam głęboko powietrza. Dlaczego to mnie spotyka, nie dość, że wszystko zapomniałam to jeszcze mogę zapomnieć. I jeszcze ta Aleksandra ciągle na mnie naskakuje a ja nic nie zrobiłam do niedawna nie wiedziałam, że ktoś tak istnieje. To jest nie do zniesienia. Nic nie pamiętam mijam ludzi, którzy mi kiwają i nie mam zielonego pojęcia, kto to jest. Nigdy już nie zdołam poznać wszystkich ludzi, których znałam przed wypadkiem. Pod wpływem impulsu skierowałam się do łazienki, gdzie w szafce znalazłam tabletki nasenne. Całe opakowanie wrzuciłam na rękę. Tabletek było całkiem sporo, wzięłam jedną z nich i połknęłam, brałam już kolejne, kiedy usłyszałam głos Dymitra.
- Rose? Jesteś tu? – Krzyczał z dołu i to było to, co nie pozwalało mi na to, aby połknąć kolejne tabletki.
Pudełeczko od tabletek i tabletki, które jeszcze przed chwile temu zamierzałam połknąć upadły na podłogę z głośnym łoskotem. Wstałam i ruszyłam w stronę schodów. Wzrok zaczął mi się rozmywać. Straciłam równowagę i musiałam się złapać barierki od schodów. Trzymając się jej szłam dalej w stronę schodów. Gdy byłam już nad nimi źle wymierzyłam i nie trafiłam w schodek. Runęłam w dół koziołkując. Gdy byłam na dole zobaczyłam Dymitra biegnącego w moją stronę. Zapadłam się w ciemność. Znowu. Po dosłownie chwili ocknęłam się. Byłam w ramionach bruneta, kroczył w stronę drzwi.
- Nie warz się brać mnie do szpitala. – Powiedziałam słabo.
- Rose jak dobrze, że się ocknęłaś przestraszyłaś mnie. Za chwile zaniosę cię do szpitala.
- Nie chce iść do lekarza nic mi nie jest. – Powiedziałam już bardziej stanowczo.
- Ale Rose ktoś powinien cię obejrzeć ten wypadek wyglądał groźnie.
- Nie chce iść do szpitala znowu mi powiedzą, że nic sobie nigdy nie przypomnę albo, że będę traciła pamięć co chwilę. – Z moich oczu znowu poleciały łzy.
- Roza. – Powiedział przytulając mnie mocnej do siebie, chyba zrezygnował z pójścia do lekarza, bo ruszył w stronę schodów. W sypialni położył mnie na łóżko i pocałował w czoło, po czym wyszedł z pokoju nie zamykając drzwi za sobą chyba chciał za chwile wrócić. Zaczęło mnie mulić o nie tabletka zaczęła na nowo działać. Już byłam na granicy, kiedy Dymitr wleciał do pokoju. Podbiegł do mnie i potrząsnął za ramie.
- Rose proszę cię budzi się. – Lekko uchyliłam oczy. – Ile tego łyknęłaś? – Spytał pokazując mi pudełeczko. Musiałam się chwile zastanowić, zanim odpowiedziałam.
- Jedną. – Powiedziałam sennie.
- Jesteś pewna? – Widać było, że jest zestresowany.
- Tak jestem pewna. Gdyby nie ty łyknęła bym wszystkie. – Powiedziałam już zasypiając.
Obudziłam się, do pokoju wpadł blask słońca. Zegarek wskazywał 8 godzinę. Rozejrzałam się po pokoju drzwi do pokoiku bliźniąt były otwarte stał w nich Dymitr. Na jego twarzy była zarówno troska, żal i złość, choć pierwsze uczucie przeważało.
Podszedł do łóżka i przysiadł na brzegu.
- Co się stało? Wytłumacz mi. Co miały znaczyć te tabletki? – Spytał z rezygnacją.
- Nie pamiętam.
- Jak to nie pamiętasz? – Spytał zdezorientowany.
- No, nie pamiętam, pamiętam tylko ciebie i bliźnięta reszta mojego świata, to pusta. – Zobaczyłam, że jego zmartwienie się pogłębia.
- Ale jak to?
- Nie wiem już nic nie wiem. – Powiedziałam ze łzami w oczach.
- Chodź tu do mnie. – Powiedział i przyciągnął mnie do siebie tuląc. – Wszystko będzie dobrze. – Powiedział kołysząc mnie. – Poradzimy sobie z tym. – Słyszałam w jego głosie emocje troskę miłość i spokój, który mi także pomógł.
Po chwili się uspokoiłam.
- Już dobrze. – Powiedziałam odsuwając się trochę od niego.
- Dobrze, to teraz powiedz mi co pamiętasz? – Powiedział patrząc mi w oczy.
- W zasadzie, to niewiele tylko to, co jest związane z tobą., bliźnięta, to, jak byliśmy na czekoladzie, ale nie pamiętam, gdzie ani nic.
- A pamiętasz kim jesteśmy?
- Tak dampirami, wiem, że mamy królowa Wasylissę, choć nie wiem jak wygląda, ogólnie wszystko, co ty mówiłeś.
- Przynajmniej nie muszę ci wszystkiego od nowa tłumaczyć. – Powiedział z ulgą w głosie.
- Co teraz będzie? – Spytałam patrząc mu w oczy.
- Nie wiem, ale wiem, że się tak nie poddamy, że mam zamiar zrobić wszystko abyś odzyskała pamięć…

Księga I rozdział XXXVIII

Nagle znalazłam się w jakiejś piwnicy byłam przywiązana do krzesła obok mnie siedzieli także Eddy, Mia, Christian i jeszcze jakiś chłopak chyba Manson. Wszyscy wyglądali młodziej. W pomieszczeniu było jeszcze dwóch ludzi, choć bardzo bladych z czerwonymi oczami. Nagle odezwał się Christian, po czym został rozwiązany i do mnie podszedł. Nic nie mogłam z tego zrozumieć, wszystko było jakby przytłumione. Nachylił się do mnie i przyłożył usta do moje szyi, poczułam jego kły ocierające się o moją skórę. Wtedy poczułam gorąco na nadgarstkach, a po chwili zaczęło mnie palić, ale nie mogłam krzyczeć ani nic zrobić, bo moje ciało jakby nie należało do mnie. Po niedługim czasie moje ręce były wolne i rozpoczęła się walka. Nie wiem co się działo, po chwili biegliśmy już korytarzem.
Zanim się rozejrzałam już wbiegaliśmy po schodach. Na górze część ludzi zdążyła już wybiec na dwór, kiedy wybiegły nagle dwie strzygi i rozpoczęła się kolejna walka. Wszystko działo się bardzo szybko w pewnej chwili dołączył do mnie Manson, a po chwili leżał już martwy na ziemi, bo strzyga skręciła mu kark. To właśnie mnie załamało, bo nagle sięgnęłam po miecz, a właściwie moje ciało, bo ja nie miałam zielonego pojęcia co z nim robię.  Zaczęłam walczyć ze strzygami. Po chwili jedna z nich już była pozbawiona głowy. Z drugą była większa zabawa, ale w końcu również straciła głowę. To było okropne, rozpacz ogarnęła całe moje ciało.
Nagle usłyszałam ze ktoś mnie woła i mówi żebym się obudziła. Wtedy do mnie dotarło, że to był sen. Otworzyłam oczy policzki miałam mokre, oddech przyśpieszony, przede mną zobaczyłam Dymitra, który się nade mną pochyla. Był jak anioł.  Wtedy pod wpływem impulsu wtuliłam się w niego. Usiadł na łóżku i mocno mnie przytulił.
- Ciii, spokojnie, to był tylko sen. – Dalej płakałam, teraz nawet nie jestem pewna z jakiego powodu. Choć myślę, że nie wpłynął na mnie o tyle sen co może raczej całe moje życie, od czasu, kiedy straciłam pamięć. Sen był tylko czynnikiem ,który sprawił, że we mnie coś pękło. Całe, to szaleństwo, moje życie przed wypadkiem. Jakie ono musiało być, że każdemu przebłyskowi wspomnień towarzyszył smutek, cierpienie i ból. Ale na pewno były też w nim jakieś szczęśliwe dni… dni z Dymitrem ..z dziećmi. 
- Dlaczego przypominam sobie tylko te najstraszniejsze chwile? – Spytałam wciąż wtulona w pierś Dymitra.
- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. – Powiedział zmartwiony.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego jak dobrze czułam się w jego ramionach, jakbym była na swoim miejscu, bezpieczna, jakbym nigdzie indziej nie pasowała. Miałam wrażenie, że to wszystko czego potrzebuje.
- Zostaniesz ze mną? - Spytałam łamiącym się głosem.
- Oczywiście, Roza. – Powiedział spokojnie. Łzy już nie leciały, choć wciąż czułam się zdołowana.
Dopiero po kilku minutach wyplątaliśmy się ze swoich objęć i położyliśmy. Ja leżałam po jednej stronie, a Dymitr po drugiej, czułam, że jest niepewny, po chwili zasnęłam. Nic mi się nie śniło co mnie ucieszyło.
Rano obudziłam się wypoczęta, po chwili zauważyłam, że otacza mnie ciepło. Ciepło drugiego ciała. Otaczało mnie silne ramie, a moje palce były splątane w uścisku z innymi palcami. Były, to place delikatne, ale i silne. To musiał być Dymitr. Leżałam na boku, a brunet leżał za moimi plecami z ramieniem przełożonym przez mój tułów. Po woli zaczęłam się odwracać. Gdy tylko się poruszyłam obudził się. Rozejrzał się zdezorientowany, po czym spojrzał na mnie. Nie wiem, co wyczytał z mojej twarzy, ale przyciągnął mnie bliżej do siebie.
- Tak bardzo mi cię brakowało. - Powiedział patrząc mi głęboko w oczy. A już wiedziałam, że to co mówił o tym, że byliśmy w sobie zakochani jest prawdą. Jak to możliwe, że szybciej się tego nie domyśliłam się. Nasza pierwsza rozmowa, już po niej powinnam dojść do tego wniosku. Jakaż ja byłam głupia. Patrzyłam dalej w oczy Dymitra, kiedy zaczął się do mnie nachylać chyba nie był pewien tego co robi. Dzieliło nas od siebie już, zaledwie kilka centymetrów zdałam sobie sprawę, że to będzie mój pierwszy pocałunek, który zapamiętam. Nasze oddechy się mieszały, kiedy nasze usta miały się właśnie zetknąć nagle rozległ się płacz. Brunet od razu się odsunął jakby nagle odzyskał panowanie nad własnym ciałem. Zerwał się na równe nogi i ruszył do drzwi prowadzących do pokoju bliźniąt. Wstałam zaraz za, nim i ruszyłam do sąsiedniego pomieszczenia. Dymitr stał już z Joannem na rękach i go kołysał. Stanęłam w drzwiach nie wiedząc co robić.
- Pomóc w czymś? - Spytałam przyciszonym głosem.
Brunet podniósł na mnie wzrok. Uśmiechnął się, lekko zdezorientowany.
- Za chwile jak Joann się uspokoi pójdę przygotować mleko. Już się przyzwyczaiłem. Choć najczęściej, to Clara się pierwsza budzi. - Odpowiedział szeptem. Rozejrzałam się nie wiedząc co mam teraz zrobić. Dymitr chyba zobaczył moją dezorientacje, bo powiedział. - Chyba, że chciałbyś uspokoić Joanna, a ja pójdę po mleko. - Powiedział, a ja podniosłam na niego wzrok z uśmiechem na twarzy. Powoli podeszłam do niego. - Spokojnie. - Zrozumiałam, że moje zdenerwowanie jest widoczne. - Może usiądziesz będzie ci wygodniej. - Powiedział.
Usiadłam na jednym z foteli bujanych. Dymitr się nachylił i położył mi na rozłożonych rękach Joanna. Ujęłam go w ramiona. Dymitr popatrzał na nas chwile, po czym wyszedł z pokoju. Joann był bardzo podobny do Dymitra, miał ten sam kolor włosów tą samą karnację, choć może trochę bledszą, ale to w końcu dziecko. Teraz był spokojny, spał, był taki piękny. Dlaczego was zapomniałam? Dlaczego zapomniałam waszego ojca? dlaczego? Tak wyglądała większość moich pytań.
Usłyszałam, że Dymitr już wraca wszedł do pokoju z dwiema butelkami z mlekiem. Dał mi jedną z nich, a ja przystawiłam ją do ust Joanna, który od razu zaczął pić łapiąc obiema rękami. Brunet wziął Clarę i także dał jej butelkę, po czym usiadł na drugim fotelu.
Wiedziałam już, że jestem w, nim zakochana jest to dziwne patrząc na to, że znaliśmy się dość krótko, ale to jak mnie traktował jak się o mnie troszczył było... nie wiem jakie, Po prostu fascynujące.
- Mam pytanie. – Powiedziałam niepewnie.
- Jakie? - Spytał.
- Co, to za zdjęcie w sypialni na szafce nocnej? - Spojrzałam na niego. Popatrzył mi w oczy i się uśmiechnął.
- To zdjęcie zrobił Abe po narodzinach bliźniąt jak się obudziłaś po porodzie i poszłaś je szukać. Weszłaś do pokoju, gdzie spały, po chwili przyszedłem do ciebie ustaliliśmy imiona i właśnie, wtedy zostało zrobione.
- No właśnie Joann i Clara byli tacy mali, więc tak właśnie pomyślałam. - Uśmiechnęłam się i zwróciłam wzrok z powrotem na Joanna. Dzieci skończyły pić i poszły spać. Zeszłam z Dymitrem na dół. Wzięliśmy chleb, jakieś szynki, ser, dżem i masło i poszliśmy do jadalni. Zaczęliśmy robić sobie kanapki.
- Dziś idę do pracy, więc przyjdzie tu Selena. - Powiedział nagle Dymitr.
- Kim jest Selena? - Spytałam.
- To opiekunka dzieci, opiekuje się bliźniętami, kiedy jestem w pracy.
- A ja nie mogę się nimi zająć? - Spytałam niepewnie.
- Nie chce zbyt wiele na ciebie narzucać wczoraj dopiero tu zamieszkałaś nie chcę żebyś się przemęczała, ale spokojnie możesz robić co zechcesz.
- Aha, ok. - Dalej jedliśmy w ciszy o ósmej zaczęliśmy znosić wszystko do kuchni. Właśnie, wtedy usłyszałam klucze przekręcane w zamku.
Odwróciłam się w stronę drzwi do mieszkania weszła Selena.
Zwróciła się w naszą stronę. Dymitr podszedł do mnie.
- Selena, to jest Rose. Rose, to jest Selena.
- Cześć. - Rzuciłam niepewnie z uśmiechem.
- Cześć, miło mi ciebie poznać. Dymitr tyle mi o tobie opowiadał. A wasze dzieci są, po prostu cudowne. - Powiedziała na jednym wdechu, w czasie, gdy do mnie podeszła i mnie uścisnęła. Czułam się raczej niekomfortowo, moja twarz musiała wyrażać moje uczucia, bo brunet się roześmiał.
- Dobra ja idę się przebrać, bo za chwile muszę wychodzić, a wy sobie tu pogadajcie. - Powiedział i ruszył w stronę schodów, po chwili już go nie było.
- A, więc, to ty jesteś matką bliźniąt? - Spojrzałam sceptycznie na rozradowaną Selenę, która nie zdawała sobie sprawy ze swojego niezręcznego stwierdzenia.
- Tak, o ile zdjęcia i Dymitr mówią prawdę. - Powiedziałam.
- No oczywiście, że to ty jesteś mamą Clarci, to jest młodsza wersja ciebie. - Powiedziała wciąż uśmiechnięta. - Spokojnie nie musisz nic robić ja się wszystkim zajmę, normalnie zestaw ful wypas... - I tak gadała w zasadzie nie wiem o czym coś o jakimś obiedzie, kurczaku w warzywach, o tym, jaki kolor mam wybrać w pokoju. Ekri , czy kremowy.  moim zdaniem to, to samo, ale ona chyba widziała w tym różnice i to dużą. A ja się zastanawiałam, ile można gadać. Ona gada praktycznie bez przerwy, jak ja z nią wytrzymam cały dzień. Usiadłam zrezygnowana na kanapie, a Selena dalej gadała nie zrażona moim sceptycyzmem.
Wtedy na dół zszedł Dymitr, odwróciłam się w jego stronę, miał na sobie czarne spodnie i czarną koszulkę, a na, to swój ukochany prochowiec. Uśmiechnął się na widok  mojej miny.
- Ja lecę, wrócę koło piątej. - Podszedł do nas schylił się nade mną i dał mi całusa w czoło. - Trzymaj się. Do zobaczenia. - Powiedział do Seleny i ruszył do wyjścia, po chwili zniknął za drzwiami. W miejscu, gdzie mnie pocałował wciąż czułam ciepło i miłe mrowienie.
- On jest cudowny, masz szczęście. - Nagle z zamyślenia wyrwał mnie głos seleny.
- Tak mam szczęście. Idę się przebrać. - Powiedziałam wstając, i szybko wchodząc do pokoju byle tylko uciec od gadulstwa Seleny.
- Ok ja idę zajrzeć do bliźniąt. - Powiedziała i ruszyła za mną po schodach. Ja weszłam do sypialni, ona do pokoju bliźniąt. I, ledwo zamknęłam drzwi już usłyszałam, że Selena mówi coś do dzieci. Westchnęłam i poszłam do szafy, w której były moje ubrania, wzięłam jakieś Jeansy i koszulkę. Poszłam do łazienki, gdzie umyłam zęby, uczesałam włosy w kucyk i się przebrałam. Wyszłam z łazienki i ruszyłam w stronę drzwi. Seleny tam nie było, była tylko Clara, która zeszła z Joannem właśnie na dół. Wzięłam małą na ręce i ruszyłam w stronę drzwi. Zanim zdążyłam nawet je otworzyć do pokoju wpadła Selena. Podeszła do mnie z uśmiechem.
- Daj ja ją wezmę, ty nie możesz się przemęczać. - Zanim zareagowałam Clara była już na rękach opiekunki. Poczułam się zirytowana, nawet własnego dziecka ponosić nie mogę. Dziewczynka wyszła już z pokoju i schodziła właśnie po schodach. Ruszyłam za nią, Clara wpatrywała się we mnie znad ramienia Seleny z uśmiechem. Na dole Joann był już włożony do kojca, po chwili dołączyła do niego Clara. Podeszłam do nich, chciałam się z nimi pobawić, ale oczywiście, wtedy wkroczyła Selena.
- Oj, nie musisz się nimi zajmować w tej chwili przecież ja tu od czegoś jestem. Idź pooglądać telewizje lub coś sobie porób. - Powiedziała jakby nie, inaczej z wielkim uśmiechem na twarzy. Czy mi już nic nie wolno. A Selena wciąż mówiła.
- A wiesz w ogóle dlaczego wybrałam zawód opiekunki? - Spytała.
- Nie śmiem pytać. - Powiedziałam z sarkazmem i usiadłam na fotelu.
- A wiesz na Dworze jest nie wiele opiekunek, a to świetna praca. No i ogólnie, to nie miałam ostatnio zbyt wielu zleceń no i przyszedł do mnie Dymitr i wyjaśnił jaka jest sytuacja od razu się zgodziłam. No po za tym nie oszukujmy się strażnik Bielkow jest bardzo przystojny. Jestem teraz zresztą singielką, więc próbowałam go poderwać, a on ciągle tylko Clara, Joan, Rose, Rose, Joann, Clara i już wiedziałam, że nie ma co próbować od tego czasu staliśmy się przyjaciółmi. W ogóle on świata po za wami nie widzi, takich facetów już nie ma. A może znasz jakiegoś, żeby mi go polecić? – Spytała nagle. Spojrzałam na nią jak na kretynkę.
- Nie pamiętam, jak byś zapomniała straciłam pamięć. – Powiedziałam dobitnie stukając się palcem w skroń. Popatrzyła na mnie chwile z zamyśleniem.
- No tak, ale myślałam, że może poznałaś już jakiegoś. No dobra mniejsza o to, opowiadałam ci już jak to kiedyś zgubiłam się w zoo? – Już chciałam odpowiedzieć, że nie musi mi tego opowiadać jak zaczęła mówić jak to rodzice zostawili ją przy żółwiach…. Bleblebele i tak dalej i dalej …
Już kolejny raz zastanawiałam się, ile można gadać. Bliźnięta nie zwracały na nią uwagi, choć co chwile się koło nich Krzątała. W ciągu godziny dowiedziałam się historii jej całego życia jak to poszła do szkoły, pierwsza miłość, pierwszy pocałunek, szkoła średnia i tak dalej. Miałam tego serdecznie dość. Właśnie opowiadała mi o swojej fascynującej pracy którą zdobyła rok temu, kiedy postanowiłam, że muszę coś zrobić.
- Wiesz co chyba zrobię kaszkę dla bliźniąt. – Powiedziałam.
- Ależ nie, ja pójdę. - Szybko zerwała się i ruszyła do kuchni.
- Zajmę się Joannem i Clarą. – Stwierdziłam czekając na jej protesty i nie rozczarowałam się.
- Nie lepiej nie, nie możesz się przecież przemęczać. – I, to wystarczyło żebym nie wytrzymała.
- Czy mogłabyś przestać? Ciągle tylko gadasz, mówisz mi jak to chodziłaś do szkoły i jak bawiłaś się z koleżankami, a mnie, to gówno obchodzi! Nie pozwalasz mi nic robić, choć dobrze się czuje i chce zajmować się własnymi dziećmi, nawet głupiej kaszki nie mogę przy tobie zrobić, a co trudnego lub skomplikowanego jest w głupiej kaszce? Mam dość twojego pozytywnego nastawienia i ciągłego gadania! – Wykrzyknęłam praktycznie na jednym wdechu. Selena wpatrywała się we mnie zszokowana, ale po chwili na jej twarzy pojawił się zachwyt. Co z tą dziewczyną jest nie tak?
- Dymitr mi mówił, że zawsze byłaś wybuchowa, ale czegoś takiego się nie spodziewałam. – Wykrzyknęła z uśmiechem na twarzy co mnie znowu rozgniewało.
- Może jeszcze zdjęcie z autografem chcesz? – Spytałam ironicznie, patrząc na nią jak na idiotkę. Jej twarz rozpromieniała.
- A rozdajesz? – Spytała naiwnie.
- Oczywiście, . – Już normalnie zaczynała skakać z radości. – że NIE! – Jej twarz posmutniała. – A teraz zechciałabyś opuścić moje mieszkanie? – Spytałam, starając się mówić jak najspokojniej. Popatrzyła się chwile na mnie nie wiedząc, czy mówię serio, ale chyba stwierdziła, że tak.
- Niech Dymitr do mnie potem zadzwoni. – Powiedziała kierując się do drzwi wzięła swoją torebkę i wyszła i zabrała swój nieodłączny uśmiech ze sobą.
Ulżyło mi jak się tak wykrzyczałam może, to trochę niesprawiedliwe, że wyżyłam się tak na niej, ale jaka ona była wkurzająca. Odwróciłam się do bliźniąt, które rozbawione patrzały na mnie. Zaczęły się śmiać, uśmiechnęłam się do nich.
- Co wam też ulżyło? – Spytałam śmiejąc się, chyba też odczuły tą samą ulgę, bo zaczęły się śmiać jeszcze głośniej. – TO co, idziemy zrobić kaszkę? – Przeniosłam z jadalni do kuchni krzesełka Joanna i Clary potem poszłam po bliźniaki i je tam włożyłam. Spojrzałam na czyste blaty i szafki. – To jak się robi tą kaszkę? – Zastanawiałam się na głos, zaczęłam przeglądając szafki, dużo różnych produktów, szklanki, talerze, miski, dwie miseczki bliźniąt z bohaterami bajek. Wyjęłam je z szafki i położyłam na stół. – No, to mamy jakiś początek co nie? – Spytałam maluchy, które chyba rozbawiła moja nieporadność. Przejrzałam kolejne szafki, odnalazłam też lodówkę, która wyglądała jak szafka. W jednej z szafek znalazłam kaszkę w proszku o smaku śmietankowym i truskawkowym. Pokazałam je Clarze i Joannowi.
- To, to jecie? – Spytałam. Chyba nie były zbyt szczęśliwe, że mają to zjeść. – Skoro nie chcecie tego to, co byście chciały? – Zastanawiałam się znowu na głos. Zajrzałam ponownie do lodówki. Przejechałam wzrokiem po produktach i, wtedy spojrzałam na pułki na  drzwiczkach, a tam znalazłam słoiki z tymi samymi znaczkami co , a na kaszkach. – A może, to chciałybyście zjeść? – Spytałam Pokazując, im słoiczek z pomarańczowa papką. Bliźniaki uśmiechnęły się. Aha, czyli już wiem, co teraz w tym czasie jadają, wyjęłam drugi taki sam słoiczek. Sprawdziłam na etykietce co się z nimi robi. Było, to zadziwiająco łatwe, więc po chwili karmiłam już bliźnięta, które jadły o dziwo bardzo chętnie. Gdy zjadły zrobiły się senne, uśpiłam je i zrobiłam coś w stylu łóżeczek na kanapie. Oczywiście, szybciej ją rozłożyłam i zrobiłam małe barierki z poduszek, żeby nie mogły spaść. Gdy już smacznie spały, pomyślałam, że zrobię obiadokolacje dla siebie i Dymitra. Weszłam do kuchni i się rozejrzałam. W rogu pomieszczenia zobaczyłam kartofle. - No, to może zrobię frytki. Ale co do tego? – Znowu otworzyłam lodówkę. Nie było w niej nic co nadawało, by się na obiad. Zajrzałam do zamrażalki, pierś z kurczaka, a to co innego. Włożyłam ją do mikrofalówki, żeby się rozmroziła, a sama zaczęłam obierać ziemianki i wycinać je w podłużne plastry następnie w paseczki. Wszystkie frytki umyłam i zamoczyłam w wodzie, żeby nie zrobiły się czarne. Wzięłam się za kurczaka pokroiłam do w niewielkie kawałki i wymieszałam z przyprawami, następnie włożyłam do lodówki, żeby się nie zepsuł, bo przecież nie będę go tak szybko smażyć. Wzięłam się za krojenie kapusty pekińskiej do surówki do tego kukurydza i pomidory. Wymieszałam surówkę i dodałam oleju, już skończoną sałatkę także schowałam do lodówki.
Bliźnięta się obudziły wiec do nich podeszłam od razu poczułam, że trzeba, im zmienić pieluszki.
- To nie będzie przyjemne. No, ale cóż raz kozie śmierć. – Wzięłam Clare i Joanna na górę, gdzie zmieniłam, im pampersy co faktycznie nie było przyjemne, ale jakoś sobie poradziłam i chyba wyszło całkiem nieźle.
Postanowiłam, że pójdziemy na spacer. Posprzątałam szybko w salonie, po czym przebrałam bliźnięta. Joanna ubrałam w brązowe spodenki i bluzeczkę z samochodzikiem, a na, to kurteczka. Clara została ubrana w rajstopki i spódniczkę do tego bluzeczka z kwiatkiem i kurteczka. Na siebie też zarzuciłam katanę i zaniosłam bliźnięta na dół, gdzie włożyłam je do wózka. Wzięłam klucze i wyszłam z mieszkania zamykając za sobą drzwi…

***

Otworzyłem drzwi do naszego mieszkania, byłem zmęczony po zmianie jak zawsze wystąpiły jakieś problemy i była bieganina. Wszedłem do środka było tu cicho i ciemno. Włączyłem światło w salonie zostawiłem płaszcz w przedpokoju i poszedłem do kuchni. W lodówce był przygotowany kurczak do usmażenia i surówka, a na stole w misce pływały frytki. Selena nigdy nie robiła obiadów czyżby, to Rose? No właśnie, gdzie jest Rose i Selena.
Pobiegłem na górę wskakując po dwa stopnie, na górze także było ciemno, nikogo tu nie było, gdzie one poszły. Spacery zawsze Selena robiła szybciej około północy, a nie o piątej. Wyjąłem telefon i wybrałem jej numer. Odebrała po dwóch sygnałach:
- Halo? – Usłyszałem jej głos.
- Hej, gdzie jesteście? Bo wróciłem do domu, a nikogo tu nie ma. – Powiedziałem.
- Hej, no ja jestem u siebie. – Jak, to jest u siebie nigdy nie zabierała bliźniąt do siebie.
- Z Clarą, Joannem i Rose? – Spytałem zdziwiony.
- Posłuchaj ja nie wiem, gdzie oni są, normalnie sobie z Rose rozmawiałam, kiedy ona nagle na mnie nakrzyczała i kazała mi sobie iść. – Powiedziała, a ja już wiedziałem, że to nie była rozmowa tylko monolog Selena była znana z tego, że nie przestawała gadać, sam tego doświadczyłem. Nie ma co się dziwić, że Rose nie wytrzymała.
- Dobra dzięki, skontaktuje się z tobą później na razie. – Powiedziałem.
- Na razie. – Odpowiedziała i się rozłączyła.
No dobra, gdzie Rose mogła iść z Clara i Joannem? Nie zna Dworu zbyt dobrze, a to wielki obszar, oj będzie ciężko.

***

Wyszłam z mieszkania jakiś moroj pomógł mi znieść wózek ze schodów. Ruszyłam z bliźniętami wzdłuż budynku aż zobaczyłam tabliczkę z napisem ogrody, ruszyłam w tamta stronę. Gdy tam doszłam zauważyłam żywopłot rozciągający się na prawo i lewo. Przede mną była furtka taka jak w starych filmach z prętami przyozdobionymi wijącymi się liśćmi i kwiatami. Oczywiście cała furtka również była zarośnięta pnączami co sprawiało, że poczułam się trochę magicznie.
- I jak wam podoba się spacer? – Spytałam bliźnięta. Uśmiechnęły się i zaczęły dalej gaworzyć. Ruszyłam do furtki, gdy byłam już w ogrodach wstąpiłam jakby do innego świata. Wszędzie było pełno kolorów, które idealnie ze sobą kontrastowały, z kwiatów i drzew były wycięte wielkie statuły, a przynajmniej tak, to wyglądało. Ruszyłam chodniczkiem wyłożonym kamieniami po chwili znalazłam się na mostku, przystanęłam na, nim i wyjrzałam za barierkę, pod, nim płynęła rzeczka, na dnie leżały kamyki i, gdzie nie, gdzie były tez monety. Co one tu robiły? Po ścieżce idącej wzdłuż rzeczki szła właśnie ogrodniczka, miała na sobie zielony strój.
- Przepraszam, dlaczego na dnie rzeki są monety? – Spytałam ją, podniosła na mnie wzrok i się uśmiechnęła.
- Niektórzy mówią, że spełnia marzenia. Nie wiem, czy to prawda, ponieważ mojego jeszcze nie spełniła. – Powiedziała i odeszła, zanim zdążyłam jej podziękować. Zaczęłam przeszukiwać kieszenie, w jednej z nich znalazłam jedną monetę. Wrzuciłam ją do wody i pomyślałam życzenie: „ Chciałabym sobie wszystko przypomnieć” pomyślałam i wydało mi się to idiotyczne.
Nagle usłyszałam płacz, szybko odwróciłam się do bliźniąt, to płakała Clara, a Joann patrzał na nią jakby był zdziwiony, Wzięłam ją na ręce i zaczęłam kołysać. Po chwili się uspokoiła, a ja zauważyłam misia leżącego na ziemi. Otrzepałam go z piasku i oddałam Clarze.
Ruszyliśmy dalej po chwili zobaczyłam wyjście z ogrodu. Ruszyłam w jego stronę, to było skromniejsze niż, to poprzednie, ale równie ładne. Gdy wyszłam od razu ruszyłam dróżką, która prowadziła do zoo.

***

Przypuśćmy, że poszła na spacer co jest najbardziej możliwe, to, gdzie mogła pójść. No dobra stojąc tutaj nie znajdę ich. Wróciłem na dół, zarzuciłem z powrotem płaszcz i wyszedłem z mieszkania.
Intuicyjnie od razu skierowałem się do parku, w tej chwili było tu kilka zakochanych par siedzących na ławeczkach, kilka matek z dziećmi w oddali zauważyłem Lene opiekunkę małej Rose, podbiegłem do niej.
- Hej nie widziałaś czasem Rose i bliźniąt? – Spytałem.
- Hej widziałam ich jakieś pół godziny temu. – Odpowiedziała z uśmiechem. – A co szukasz ich? – Domyśliła się.
- Tak, a, gdzie ich widziałaś?
- Wiesz jak są ogrody, nie? No, to właśnie z nich wychodziła wyjściem południowym.
- Aha, dobra dzięki, a wiesz może, gdzie szła?
- O, ile widziałam kierowała się do zoo. – Odpowiedziała z uśmiechem.
- Dzięki.
- Nie ma sprawy. – Jeszcze się do niej uśmiechnąłem z wdzięcznością i odszedłem w stronę ogrodów.

***

Dotarłam do zoo okazało się, że nie jest ono wielkie. Ruszyłam wyznaczona alejka po prawej znajdowały się żółwie, a po lewej rodzina kangurów, wszystkie zwierzęta żyły własnym życiem nie zwracając na nas uwagi. Ruszyłam dalej na następnych wybiegach były słonie, były dwa duże i dwa małe. Ruszyłam dalej następnym zwierzęciem były lwy, gdy przechodziliśmy obok jeden zaryczał. Bliźnięta się rozpłakały, Szybko poprowadziłam je w spokojniejsze miejsce. Bo lwy zaczęły się coraz bardziej rozkręcać i chyba, im się nie spodobał taki nagły hałas. Gdy tylko znaleźliśmy się w spokojnym miejscu, podeszłam do bliźniąt, które wciąż płakały. Nie wiedziałam jak mam je uspokoić. Wzięłam ich misie i zaczęłam nimi odwracać ich uwagę.
- Cii, spokojnie, nie płaczcie. – Nie chciały się uspokoić.
- Może pomóc. – Nagle obok mnie pojawiła się jakaś kobieta. Była to dampirka, o brązowych włosach i niebieskich oczach. Była wyższa ode mnie o jakieś 10 cm Miała pewnie 30 lat. – Widzę, że nie chcą się uspokoić. Ty jesteś Rosmarie Hathaway, Prawda? Wiele o tobie słyszałam.
- Tak, to jestem ja, a dzieci wystraszyły lwy. – Powiedziałam, bo nie wiedziałam co mam zrobić.
- Jestem Michalina. Tez jestem strażniczką, choć ja tylko strzegę Dworu nie mam przydziału. – Uśmiechnęła się.
- Miło mi. – Powiedziałam wyciągając rękę, uścisnęła ją, po czym uklęknęła przed bliźniętami. Zaczęła śpiewać i mi kołysankę, a one od razu zaczęły się uspokajać, choć jak dla mnie jej słowa nie miały żadnego sensu. Po chwili Joann i Clara spali.
- Co, im zaśpiewałaś? – Spytałam.
- Starą morojską kołysankę , którą śpiewała mi moja mama, zawsze mnie uspokajała
- Dziękuje za pomoc. – Powiedziałam uśmiechając cię.
- Nie ma sprawy, każdy zna twoją historię.
- Ale dlaczego? – Nie wiedziałam, o co jej chodzi.
- Bo jesteś wręcz nie do pokonania, szczególnie, kiedy walczysz ze strażnikiem Bielkowem. Jesteście taka para, której nikt nie jest w stanie pokonać, dopełniacie się Rose jak nikt inny.
- Chyba nie rozumiem. – Powiedziałam szczerze.
- Ujmijmy, to tak wy znacie się tak dobrze , że razem tworzycie idealna parę. – Nie wiedziałam do końca co miała na myśli, ale nie drążyłam tematu. – Dobra ja musze już iść. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia. I jeszcze raz dziękuje za pomoc.
- Nie ma sprawy. – Powiedziała i odeszła.
- No to, co może wracajmy do domu. – Powiedziałam do siebie.

***

Gdy dotarłem już do zoo musiałem przebiec je całe, żeby dowiedzieć się, że Rose tam nie ma. Lwy były trochę nerwowe i, kiedy obok nich przechodziłem zaczęły ryczeć. Kiedy się od nich oddaliłem zobaczyłem misia należącego do Joanna, ale nigdzie nie było ani Rose ani bliźniąt. – Nie ma ich tu już poszli. – Odezwał się głos za mną. Odwróciłem się, była, to dampirka, strażniczka. – jakiś czas temu Rose była tu z bliźniętami, zaczęły płakać, więc im pomogłam. – Powiedziała.
- A wiesz może, gdzie poszli? – Spytałem z nadzieją.
- Chyba mówiła coś o powrocie do domu.
- Dziękuje bardzo mi pomogłaś. – Powiedziałem do niej.
- Nie ma za co, leć już do niej, bo chyba chcesz ja odnaleźć jak najszybciej. – Jakby czytała mi w myślach.
- Jeszcze raz dzięki. – Powiedziałem i ruszyłem najkrótszą droga do domu. Odwróciłem się jeszcze tylko, ale tej kobiety już nie było. Zdziwiło mnie, że tak szybko sobie poszła. Odwróciłem się i ruszyłem truchtem. Po jakichś pięciu minutach byłem w budynku, gdzie mieści się nasze mieszkanie. Wszedłem szybko po schodach i po chwili już stałem w przedpokoju mieszkania. W salonie paliło się światło tak samo w kuchni. Usłyszałem płacz dziecka, ruszyłem na górę, przeskakując po dwa stopnie na raz. Poszedłem w kierunku pokoju dzieci. Paliło się tam światło. Przez uchylone drzwi zajrzałem do pokoju. Przy łóżeczku Clary stała Rose, miała na sobie swój szlafrok w kolorze różowym, który kiedyś sobie kupiła na zimowe chłodne dni. Nogi miała wilgotne, chyba dopiero co wyszła z kąpieli. W rękach kołysała naszą córkę. Dziewczynka o dziwo bardzo szybko się uspokoiła i zasnęła. Moja ukochana odłożyła ją delikatnie do łóżeczka. Rose odwróciła się w stronę drzwi, chyba była na początku zaskoczona moim widokiem, ale potem się uśmiechnęła.
- Co tam towarzyszu? – Spytała szeptem.
- A nic, byliście na spacerze. – Powiedziałem twierdząco.
- Tak w ogrodzie i w zoo. – Powiedziała z dumą w głosie.
- Tak wiem. – Powiedziałem uśmiechając się.
- Skąd? – Spytała zdziwiona.
- Szukałem was.
- Ah no tak mogłam ci zostawić jakąś karteczkę. – Powiedziała uświadamiając sobie swój błąd.
- Spokojnie nic się nie stało tylko się trochę za wami nachodziłem. – Powiedziałem uśmiechając się pokrzepiająco. Wyrwało mi się ziewanie, zdałem sobie sprawę, że jestem zmęczony i głodny, co Rose oczywiście zauważyła.
- Musisz być strasznie zmęczony i głodny w końcu cały dzień byłeś w pracy i potem jeszcze to, jak nas szukałeś. Poczekaj chwilkę pójdę się wytrzeć i zaraz zrobię ci kolacje. – Powiedziała na początku z troską, a potem z radością nie mogłem popsuć jej humoru odmawiając.
- Dobra, może mogę coś już przygotować? – Spytałem.
- Nie wszystko jest gotowe teraz tylko trzeba podgrzać. – Powiedziała uśmiechnięta i ruszyła w stronę drzwi, przeszła obok mnie wciąż uśmiechając się do mnie i skierowała się do łazienki.
- A może wstawie frytki już do piekarnika? Trochę zajmie czasu, zanim się upieką.
- W zasadzie, czemu nie. – Powiedziała z uśmiechem.
Już dawno nie widziałem jej takiej szczęśliwej. Chyba ucieszyło ja to, że zrobiła coś sama bez pomocy innych, no tak, to jest moja Rose zawsze wszystko sama. Taka moja „ Zosia samosia”. Ruszyłem schodami na dół, włączyłem telewizor na jakiś program i poszedłem do kuchni, frytki były tam, gdzie ostatnio, wyjąłem je z rondla, aby trochę ociekły i przygotowałem blachę, która nasmarowałem olejem. Wysypałem na nią frytki i ustawiłem piekarnik. Wziąłem dwa talerze, dwa noże, widelce oraz szklanki i zaniosłem wszystko do jadalni, gdzie wszystko elegancko ustawiłem. Wziąłem z lodówki sok z czarnej porzeczki i także położyłem na stole, z surówką zrobioną przez Rose zrobiłem, to samo. Poszedłem jeszcze do komody po świeczki i serwetki, aby dopełniły wszystko. Gdy już wszystko ustawiłem usłyszałem.
- O ładnie, to wszystko zrobiłeś. – Odwróciłem się w przejściu do jadalni stała dama mego serca, miała na sobie zwiewną sukienkę, chyba nie chciało jej się szukać czegoś innego, jej piękne włosy spływały płynnie po ramionach. Jej twarz była uśmiechnięta.
- Dziękuje. – Powiedziałem, a ona wciąż z uśmiechem na twarzy odwróciła się i weszła do kuchni, zajrzała do piekarnika, po czym wyjęła z lodówki kurczaka. Wyjęła patelnie z szafki i postawiła ja na kuchence, spojrzała na kurczaka i patelnie ale nie do końca wiedziała co robić. Rozśmieszyło mnie, to, ale ukryłem uśmiech.
- Może pomóc? – Spytałem wchodząc do kuchni.
- Nie co trudnego jest w usmażeniu kurczaka na patelni?
- Nic, jeżeli naleje się na nią olej, który stoi na blacie. – Powiedziałem …
- Właśnie, to chciałam zrobić. – powiedziała czerwieniąc się i sięgając po olej, wylała trochę na patelnie, było, to znacznie za mało, więc przechyliłem trochę butelkę, która wciąż była w jej ręce tak, aby naleciało go więcej.
- Teraz powinno być lepiej. – Powiedziałem uśmiechając się, do Rose. Wiedziałem, że jest jej głupio. – Spokojnie mam włożyć tego kurczaka na patelnie- Spojrzała na mnie chyba analizując co ma zrobić, po czym się odsunęła.
- A, więc to ty zawsze gotowałeś? – Spytała opierając się o blat.
- Tak, nigdy raczej nie miałaś ambicji do gotowania.
- Haha to byłeś taka kura domową? – Zaśmiała się.
- Nie do końca, bo to ty byłaś w domu sprzątałaś, prałaś i opiekowałaś się dziećmi ja tylko gotowałem.
- A moja praca? – Spytała z ciekawością.
- urlop macierzyński, a teraz jeszcze zwolnienie lekarskie.
- O fajnie, to od, kiedy nie pracuje?
- Nie wiem z półtora roku. – Powiedziałem po chwili namysłu.
- To musiałam wyjść z formy.
- Chyba nie będzie aż tak źle. Dobra myślę, że za dwie minuty będzie gotowy. – Powiedziałem przewracając kurczaka, był już ładnie zarumieniony. Po chwili wyłożyłem go na talerz, frytki też się już trochę zarumieniły, więc je także wyjąłem na miskę. Zanieśliśmy wszystko na stół, po czym nałożyliśmy sobie porcje. Zaczęliśmy jeść. Nie wiedziałem co mam mówić kiedyś gadalibyśmy o sprawach na dworze, ale teraz Rose nic nie wiedziała na ten temat.
- Bliźnięta były grzeczne? – Spytałem.
- Tak, po tym jak Selena wyszła nawet się ucieszyły. – Powiedziała przegryzając frytkę.
- A właśnie dlaczego wyprosiłaś Selene? – Spytałem zaciekawiony.
- No, bo ona ciągle gadała, wytrzymać nie szło, potem jeszcze nic robić nie mogłam, oszaleć idzie. – Powiedziała zirytowana.
- I musiałaś ja wyrzucić? – Spytałem akcentując ostatnie słowo.
- Tak, powiedziałam jej co o niej myślę. – Powiedziała z dumą.
- Czy powinienem iść do niej z kwiatami i przeprosinami. – Spytałem wzdychając i zastanawiając się co ona mogła jej powiedzieć.
- Nie dlaczego? Przecież ja tylko jej powiedziałam prawdę. –Powiedziała zaskoczona i jednocześnie obudzona, że mogłem coś takiego powiedzieć. Cała Rose, uśmiechnąłem się.
– Dlaczego się uśmiechasz?
- Bo przypominasz mi w tej chwili ciebie z przed wypadku. – Uśmiechnęła się.
- Czyli, że byłam raczej pyskata? – Spytała z cwanym uśmieszkiem.
- Pyskata, to mało powiedziane, nigdy nikogo nie słuchałaś.
- Czy mógłbyś nie mówić o mnie w czasie przeszłym? Dziwnie się czuje. – Powiedziała, a ja zrozumiałem, że mówiłem w czasie przeszłym. Cudownie.
- Przepraszam, po prostu nie wiem, czy wciąż taka jesteś. – Powiedziałem z wahaniem. Zobaczyłem na jej twarzy zrozumienie, .
- Rozumiem musi ci być ciężko w końcu z dnia na dzień stałam się taka, bez pamięci nieumiejąca rozpoznać nawet samej siebie. Jak ty, to wszystko znosisz? – Spytała patrząc mi w oczy. Dla mnie odpowiedz była tylko jedna, ale nie mogłem jej tego powiedzieć jeszcze nie teraz.
- Bo wiem, że warto wiem że… Nie dałbym rady się pozbierać, gdybym cię stracił. – Powiedziałem szczerze. Patrzała mi przez chwile w oczy. Wiedziałem, ze debatuje co, by tu zrobić. Chyba speszyła się moim wyznaniem. Postanowiłem przerwać cisze.
- Bardzo dobrze doprawiłaś tego kurczaka. – Powiedziałem biorąc kolejny kawałek do ust, widocznie się ucieszyła ze zmiany tematu.
- Dzięki w zasadzie, to wymieszałam go tylko w przyprawach. – Powiedziała patrząc na swój talerz, na którym prawie nic nie było, chyba była tym zdziwiona.
- Najadłaś się? – Spytałem wskazując talerz.
- Tak aż jestem zdziwiona, że tyle zjadłam.
- Spokojnie zazwyczaj jadasz więcej. – Powiedziałem z uśmiechem.
- Co? To, ile ja zazwyczaj jadam? Przecież nie wygląda na, to abym była nie wiem przeżarta co najwyżej jakbym nie jadła zbyt wiele. – Powiedziała zdziwiona.
- To jedna z cech dampirów dużo jedzą.
- A, to chyba będę musiała korzystać z tej cechy. – Powiedziała ze szczerym uśmiechem. Widziałem radość w jej oczach taka jak kiedyś jeszcze z czasów szkoły. Potem ciężar wszystkich doświadczeń spowodował trwały ślad, tylko w nielicznych momentach udawało się jej go pozbyć. Wiedziałem, że, kiedy wstąpi na dobre do naszego świata ten cień pojawi się na nowo nie chciałem, aby, to następowało. Chciałem, aby była już zawsze tak szczęśliwa.
- Hej, coś się stało? – Rose zamachała mi ręka przed oczami.
- Nie zamyśliłem się, wspomnienia. – Powiedziałem uśmiechając się.
- Aha, miłe, chociaż te wspomnienia? – Spytała patrząc na mnie z miłym uśmiechem.
- Tak bardzo. – Powiedziałem.
- Chyba nie chcesz się w nie zagłębiać.
Nie dlaczego myślałem o tym, że teraz twoja twarz wygląda zupełnie tak samo, jak za czasów szkolnych. Wtedy jeszcze nie zabijałaś strzyg, nie myślałaś, czy za rok będziesz jeszcze żyła. – Było widać, że humor jej trochę osłabł. – Ale teraz się tym nie przejmuj. W końcu tu jesteśmy bezpieczni. To Dwór. – Powiedziałem z uśmiechem.
- Nie martwię się tym ze jesteśmy w zagrożeniu w tej chwili, tylko tym, że moje życie było w ciągłym stresie. Co, to za życie? – Spytała szczerze, popatrzyła na mnie z pytaniem wypisanym na twarzy.
- Nasze życie, które się teraz w miarę ustabilizowało. – Powiedziałem szczerze.
- Co rozumiesz przez pojęcie ustabilizowało? – Spytała.
- To, że mamy dzieci, więc możemy pracować na dworze, a nie w terenie, no i jeszcze fakt, że naszą przyjaciółką jest królowa, to też nam pomaga.
- Znajomości. – Powiedziała z chytrym uśmiechem.
- To co ściągniemy ze stołu? Czy chcesz jeszcze coś zjeść.
- Nie, możemy Ściągać. – Powiedziała wstając.
Zabrałem jej talerz i położyłem na swój wyniosłem je do zlewu i umyłem. Rose w tym czasie schowała resztę kurczaka i sałatki do lodówki. Gdy wszystko było już posprzątane poszedłem na górę po swoje rzeczy, w których śpię i postanowiłem wsiąść pryśnic na dole. Po prysznicu przygotowałem sobie kołdrę i poduszkę na kanapie. Dobrze, że kupiliśmy wygodną. Położyłem się. Wiedziałem, że nie mogę się narzucać Rose. Kochałem ja i chce, aby ona mnie tez pokochała, wiem ze, to samolubne z mojej strony, ale nie umiem bez niej żyć. Jak leżała w śpiączce bałem się ze się nigdy nie obudzi, a teraz pragnę, aby pamięć jej wróciła nie mówię tu o tych smutnych chwilach tylko tych radosnych. Zasnąłem.
Nagle poczułem lekki dotyk na ramieniu od razu się przebudziłem sięgając za poduszkę, gdzie miałem kołek. Zobaczyłem przed sobą Rose, miała na sobie dres i dużą znoszona już koszulkę.
- Rose co ty tu robisz? – Spytałem, patrząc na zegarek była 9:08. Zasnąłem jakieś cztery minuty temu no, to sobie pospałem.
- Chciałabym ci powiedzieć, że to łóżko u góry jest duże zmieścisz się w, nim nie jestem aż tak duża. – Powiedziała poważnie. – Możesz spać po drugiej stronie, to w końcu tez twoje łóżko.
- Jesteś pewna?
- Tak, a co, jeżeli znowu będę miała koszmar? - I tym mnie kupiła.
- Dobra. - powiedziałem i wziąłem kołdrę, poduszkę i kołek, który był pod nią. Rose szła przede mną, powoli wchodząc po schodach. Gdy była w sypialni, miejsce, które zazwyczaj zajmowałem było wygładzone, Rose położyła się po drugiej stronie.
- Dobranoc. - Powiedziała.
- Dobranoc. - Położyłem się na drugim końcu łóżka. - Zajrzę jeszcze do Joanna i Clary. - Stwierdziłem i poszedłem do pokoju bliźniąt. Spały słodko na pleckach zwrócone w swoją stronę główkami. Nakryłem każde z nich kocykiem i ucałowałem w czółko. Gdy wróciłem do sypialni Rose już spała, położyłem się. Już miałem zasypiać, kiedy poczułem, że Rose się przysuwa i przytula się do mnie, spojrzałem na jej twarz, nie spała uśmiechnęła się lekko i wtuliła się w moją pierś objąłem ją ręką po chwili już spała, a ja wraz z nią.




Księga I rozdział XXXVII

Rano obudziłam się wcześnie i o dziwo byłam wypoczęta. Nikogo  nie było w pokoju. Ostatnio albo ktoś mnie budził albo przychodził zaraz po moim przebudzeniu. Na śniadanie nie musiałam długo czekać. Gdy już zjadłam, przyszedł doktor Paul.
- Dzień dobry.- Przywitałam się.
- Dzień dobry. – Odpowiedział- Jak się czujesz? – Spytał siadając na krzesełku i kładąc sobie na kolana podkładkę z kartkami, w ręce trzymał długopis.
-A bardzo dobrze. – odpowiedziałam z uśmiechem.
- Przypomniałaś sobie coś, od mojej ostatniej wizyty?
- Tylko kilka momentów z życia.
- Dobrze, to zawsze coś. Słyszałem, że ciągle u ciebie ktoś siedzi, to bardzo ważne żebyś miała kontakt z ludźmi z przed wypadku.
- Przed wczoraj poznałam swoje dzieci. – Powiedziałam. – W ogóle ich nie pamiętałam. – Bardzo starałam się żeby głos mi się nie złamał.
- Nikt nie oczekiwał, że od razu je sobie przypomnisz. Masz czas Rose. Nic na siłę. Musisz się oswoić z zaistniałą sytuacją, nie możesz od siebie wymagać, że wszystko sobie od razu przypomnisz.
- Tylko, że to trudne. – Powiedziałam ze smutkiem.
- Ale dziś...- zaczął z tajemniczą miną- Nie ma powodów do smutku– Powiedział doktor.
 - Dlaczego?- Podniosłam wzrok na jego uśmiechniętą twarz.– Mam dobre wieści, masz dobre wyniki i postanowiłyśmy wypisać cię ze szpitala.
– Ucieszyłam się, bo będę mogła nareszcie na dobre zacząć wdrażać się w życie na Dworze. Uśmiechnęłam się.
- To świetne wieści. – Powiedziałam do Paula.
- Tak, miałem nadzieje, że się ucieszysz, choć będziesz musiała tu jeszcze zawitać na kontrolę. Wypisujemy cię jutro. Kontrolę będziesz miała za tydzień. A dziś czeka cię jeszcze jedno badanie. – Powiedział z uśmiechem.
- Chyba to jedno badanie wytrzymam. – Powiedziałam z uśmiechem.
- Oczywiście, tomograf będziesz miała o 23:45. Przyjdzie po ciebie pielęgniarka. Ubierz się w rzeczy bez elementów metalowych. – poinstruował mnie.
- Dobrze.
- To ja cię już zostawiam do zobaczenia. – Powiedział Wstając i zmierzając do wyjścia.
- Do widzenia. – pożegnałam go
Zostałam sama. Zaczęłam zastanawiać się gdzie będę mieszkać. Będę się tym przejmowała później, teraz przecież mogę się cieszyć tym, że wychodzę z tych czterech ścian.
Będę mogła zacząć zwiedzać Dwór i nie myśleć, że trzeba wrócić do szpitala. Wreszcie będę mogła sobie coś przypomnieć. Moje rozmyślania przerwał dźwięk otwieranych drzwi. Do pokoju wszedł Dymitr, a zaraz za nim Lissa.
- Hej. – Powiedziałam z uśmiechem.
- Cześć. – Odpowiedział pogodnie brunet.
 - Cześć. – przywitała się królowa.
- Jak się czujesz? – spytał Dymitr.
- Dobrze. Był dzisiaj u mnie doktor Paul i…. – Nie zdążyłam dokończyć, bo Lissa weszła mi w słowo…
- I wypisują cię ze szpitala. – Uśmiechnęła się.
- Skąd wiecie? – Spytałam zdziwiona.
- Spotkaliśmy lekarza na recepcji. – Opowiedziała morojka. – Ale teraz… pojawia się pytanie gdzie będziesz mieszkała.
- Oczywiście możesz zamieszkać ze mną i bliźniętami ale nie wiem czy będziesz chciała. – Powiedział Dymitr.
- Jeżeli nie chciałabyś mieszkać ze strażnikiem Bielikowem to mogę załatwić ci mieszkanie. W końcu to ogromny Dwór. No a ja, w swoim pałacu królewskim też mam dużo pustych pokoi gościnnych.
– To gdzie chciałabyś mieszkać? – Spytała.
Nagle mój problem pogorszył się, teraz nie wiedziałam którą propozycje mieszkania mam wybrać. Nie byłam pewna czy jestem gotowa do powrotu do życia z Dymitrem, ale sama też raczej nie chciałam mieszkać. Nie zamierzam też się narzucać Lissie. Trudna decyzja, ale co tam raz kozie śmierć.
- Może zamieszkam z Dymitrem, skoro tam kiedyś mieszkałam… może pomorze mi to w odzyskaniu pamięci. – Spojrzałam na bruneta, uśmiechną się uspokajająco.
- Przygotuję mieszkanie na twoje przybycie. – Powiedział.
- Dzięki. – Powiedziałam i uśmiechnęłam się. – No moje życie chyba zacznie wracać do normy.
- Tak, na pewno, jakby coś to pamiętaj, że możesz do mnie dzwonić ze swoimi problemami albo mnie odwiedzić. Co prawda mam zawsze jakieś spotkania, no ale jakiś tam czas  wygospodaruje. – Powiedziała Lissa z uśmiechem.
- Będę pamiętała. – Odpowiedziałam odwzajemniając uśmiech.
- Nie wątpię. – Powiedziała wymownie.
- Spokojnie nie mam zamiaru pozwolić na kolejne uderzenie w głowę. – Stwierdziłam całkiem poważnie – Chociaż może, skoro przy jednym uderzeniu straciłam pamięć to może przy kolejnym ją odzyskam. – Powiedziałam z zamyśleniem.
 Widziałam jak na ich twarzach maluje się przerażenie.
- Rose nawet o tym nie myśl. - Powiedział Dymitr z miną która nie znosiła sprzeciwu. Roześmiałam się. Spojrzeli na mnie jak na wariatkę.
- Przecież żartowałam. Nie chce umierać kolejny raz tylko dlatego żeby odzyskać pamięć. Z pewnością są lepsze sposoby. – Odetchnęli z ulgą.
- Ale mnie wystraszyłaś… zawsze byłaś raczej wariatką.– Powiedziała Lissa.
- Chyba się zmieniłam. W końcu nie pamiętam jaka byłam kiedyś. – Powiedziałam beztrosko, choć zrobiło mi się smutno.
- Nie przejmuj się, na pewno sobie przypomnisz. To tylko kwestia czasu. – Powiedział Dymitr biorąc mnie za rękę.
- Skąd taka pewność? – Spytałam wyzywająco ale na duszy zrobiło mi się jakoś ciepło i przyjemnie.
- Bo cię znam i wiem że się nie poddasz.
 - No nie mam takich zamiarów.
- No i tak ma zostać. – Powiedział Dymitr z uśmiechem.
Siedzieliśmy tak dalej po jakimś czasie Lissa musiała już iść.
- obowiązki wzywają - westchnęła.
Wyniki tomografu miały być za trzy dni, więc będę musiała poczekać. Lekarz twierdzi, że z pewnością będą dobre. Resztę dnia spędziłam tak jak zawsze, oglądając telewizję, czytając gazety.
      
           Następnego dnia rano przyszedł do mnie doktor Paul z wypisem. Ja byłam już przebrana i zaczynałam pakować rzeczy do torby, przeszedł Dymitr z bliźniętami.
- Hej. – Przywitałam się z uśmiechem.
- Cześć. – Odpowiedział. – I jak? jesteś gotowa?
- Chyba tak. – Spakowałam ostatnie rzeczy do torby i rozejrzałam się. Wszystko zabrałam co prawda nie miałam zbyt wiele rzeczy.
– Chyba wszystko wzięłam. – Powiedziałam biorąc torbę i odwracając się do Dymitra.
- Daj wezmę to. – Powiedział. Wziął ode mnie torbę i przewiesił ją przez rączkę wózka. Pudełko ze zdjęciami włożył pod wózek, całkowicie o nim zapomniałam. Joann i Clara patrzyli na mnie z uśmiechem. Odpowiedziałam tym samym, a one się roześmiały. – To co idziemy? – spytał brunet.
- Tak idziemy w końcu raz kozie śmierć nie? – Powiedziałam starając się przybrać jak najbardziej beztroski ton. Choć nie wyszło mi to najlepiej.
- Nie denerwuj się. Wszystko się ułoży, zobaczysz –Powiedział strażnik uśmiechając się pokrzepiająco.
Ruszyliśmy, przeszliśmy przez recepcje gdzie pielęgniarki pokiwały mi głowami z uśmiechem, odpowiedziałam tym samym. Wyszliśmy na zewnątrz, na niebie świeciły miliony gwiazd i księżyc. Zauważyłam sporo ludzi chodzących uliczkami. Co jakiś czas było widać tu także strażników. Było ich bardzo łatwo rozpoznać. Poważni, czujni, nierozmawiający z nikim chyba, że przez radio między sobą. Gdy obok nich przechodziliśmy skinęli nam głowami.
- Dlaczego wszyscy strażnicy nas witają? – Spytałam, kiedy byliśmy po za zasięgiem słuchu strażników.
- Jesteśmy strażą główną pary królewskie. – Powiedział, idąc dalej uliczką w stronę jakiegoś  jeszcze nie znanego mi punktu.
- Aha, czyli ja też? – Spytałam zdziwiona.
- Tak ty też. Jesteś strażniczką Lissy ale przeszłaś na macierzyński. – Powiedział z uśmiechem.
- A ty?
- Ja jestem strażnikiem Christiana, ale w zasadzie teraz bardziej pracuje w terenie. Nawet to wolę bo nie musze zawsze stać w jednym miejscu.
- Nie dziwie się, że wolisz taka pracę, komu by się chciało stać w miejscu.
- Nikomu ale my to musimy robić.
- Nieźle. Niezłą sobie robotę znalazłam. – Powiedziałam z ironią.
- Nie jest tak źle, jeżeli się jest strażnikami pary królewskiej to się często podróżuje.
- Atrakcja dodatkowa? – Spytałam z chytrym uśmieszkiem.
- Tak, atrakcje dodatkowe. – Powiedział i uśmiechnął się.
- A rodziny? Czy strażnicy mają rodziny? – Zapytałam całkowicie poważnie.
- Raczej nie,  rodzinny jest ciężko pogodzić z pracą. Mężczyźni rzadko mają dzieci bo morojki raczej nie chętne są do rodzenia dzieci dampirów. No a jak są dampirki które mają dzieci często rezygnują z pracy i poświęcają się dla nich. Twoja matka należy do tej niewielkiej ilości strażniczek które oddały dziecko do jakiejś rodziny która ma się opiekować nim w czasie gdy matka pracuje. Z tego co mi wiadomo twoja matka nie za bardzo się tobą interesowała. – Powiedział krzywiąc się przy niektórych zdaniach.
- Czyli co, nie ma to jak troskliwa matka. – Powiedziałam z uśmiechem.
- Choć od czasu wypadku zaczęła się bardzo przejmować. – Powiedział na jej obronę Dymitr.
- Czyli mamy postępy. Nie no żarty sobie robię, nie wiem jaka jest moja matka ale jak u mnie była stwarzała pozory pracoholiczki. – Powiedziałam.
- Tak jest bardzo oddana pracy.
Przeszliśmy jeszcze niewielki kawałek drogi aż doszliśmy do budynku który mogłam określić mianem bloku. Weszliśmy do środka przez podwójne drzwi. Hol był przestronny, ściany były pomalowane na beżowo, przed nami były szerokie schody. Na prawo i lewo rozpościerały się korytarze gdzie po lewej stronie były okna, a po drugiej drzwi. Po obu stronach schodów były szare drzwi oznaczone jako wejście do garaży i pokoje gospodarzy z wbudowanym czytnikiem do identyfikatorów.
Dymitr ruszył w stronę schodów. Ruszyłam za nim, brunet wziął wózek i wszedł po schodach. Szłam zaraz za nim. Na górze skręciliśmy w prawo. Stanęliśmy przed drzwiami o numerze 20. Dymitr wyjął klucze i otworzył drzwi, wpuścił mnie do środka, na początek trafiłam do przedpokoju był tu wieszak i ławeczka to miejsce widziałam na zdjęciu. Dymitr wszedł za mną odłożył torbę na ławkę a pudełko ze zdjęciami położył na szafce.
- To jest nasze mieszkanie. – Powiedział, prowadząc mnie do salonu gdzie był telewizor oraz kanapy. Podłoga była wyłożona kafelkami. Zauważyłam po prawej ladę, a za nią kuchnie i jadalnie oraz drzwi, chyba do łazienki. Po lewej były schody i jeszcze jedne drzwi.
– jak nie możesz czegoś znaleźć to pytaj. Tam jest kuchnia i jadalnia, a obok drzwi do łazienki. U góry mamy sypialnię. Czuj się tu swobodnie. W końcu jesteś u siebie. – Powiedział, było widać, że jest zdenerwowany nie mniej niż ja.
- Spokojnie, musze się przyzwyczaić. W końcu wydaje mi się, że nigdy tu nie byłam. – Starałam się zabrzmieć optymistycznie.
Obok kanapy stał kojec do którego Dymitr włożył Joanna i Clarę. Włączył im również bajkę, dzieci się nią od razu zainteresowały. Brunet ruszył w stronę kuchni, poszłam za nim.  Pomieszczenie było wyłożone beżowymi kafelkami, na blacie stał koszyk z owocami. Był tu zlew, a obok zmywarka, szafki, kuchenka i lodówka. Strażnik zaczął przygotowywać różne produkty.
- Robię, obiad, możesz w tym czasie się rozejrzeć. – Powiedział zerkając na mnie znad papryki.
- Dobra.
Poszłam w stronę łazienki. W niej był pryśnic, umywalka i toaleta. Ściany były wyłożone zielonymi kafelkami.
Skierowałam się w stronę schodów. Spojrzałam jeszcze w stronę kuchni gdzie Dymitr właśnie wrzucał coś na patelnię, w salonie bliźnięta dalej wpatrywały się w bajkę, gdzie jakiś miś spotkał się z przyjaciółmi.
Weszłam po schodach gdzie znalazłam się w korytarzu. Był pomalowany na ładny odcień pomarańczowy, są tu cztery pary drzwi jedne oszklone prowadzące na balkon, jedne takie jak do łazienki, a pozostałe prowadzące do pokoi. Ruszyłam w stronę pierwszych drzwi. Weszłam do pokoju który wyglądał jakby należał do Joanna i Clary. Ściany były w odcieniu jasnej szarości. Szafki były białe, a drzwiczki i szuflady miały pomalowane na różne kolory. Na ścianach były powieszone zdjęcia, bliźniąt, nasze wspólne. Po za tym w pomieszczeniu były dwa łóżeczka dla dzieci i dwa fotele. Były tu także wszystkie potrzebne akcesoria dla dzieci. Na ścianach były też namalowane zwierzątka, a na łóżeczkach było poustawiane po kilka maskotek. Po prawej były drzwi, w stronę których ruszyłam. Otworzyłam je znalazłam się s sporych rozmiarach sypialni. Ściany były pomalowane na czerwono. Na środku pokoju stało łóżko, to musi być sypialnia moja i Dymitra. Narzuta na łózko była satynowa w kolorze fioletu w kwiecisty wzór. Było tu jedno okno z firankami i zasłonami  do ziemi, w kolorze bardzo podobnym do narzuty na łóżko, choć bez kwiatów, no tak w tym świecie trzeba mieć zasłony jeżeli nie chce się żeby świeciło w oczy w czasie gdy się smacznie śpi. Po jednej stronie łózka stał stolik nocny na którym stała ramka ze zdjęciem naszej czwórki, mnie Dymitra i bliźniąt na tym zdjęciu ja i Dymitr siedzieliśmy na dwóch fotelach. Ja wyglądałam na osłabioną ale szczęśliwą, brunet promieniował trzymając na rękach jedno z bliźniąt chyba Joanna. To chyba było niedługo po porodzie bo dzieci były takie malutkie. W pomieszczeniu stały także trzy szafy. Jedna z nich miała wysokość może trochę ponad metr miała tylko szuflady, dwie pozostałe były chyba z pułkami i wieszakami. Wszystkie meble zostały zrobione z tego samego rodzaju drewna.
Wyszłam z pokoju drugimi drzwiami i poszłam w stronę łazienki, która była taka sama jak na dole tyle, że zamiast prysznica miała wannę, sporych rozmiarów. Ruszyłam w stronę balkonu. Po chwili owiał mnie chłodny wiatr. Z balkonu rozprzestrzeniał się widok na park. Z miejsca którym stałam widziałam fontannę a także po lewej, już po za obszarem parku plac zabaw na którym bawiły się dzieci w wieku mniej więcej sześć – dziesięć lat. Bawiły się w piaskownicy, na zjeżdżalni, huśtawkach i w domku do zabawy. W koło placu na ławeczkach siedziały matki albo opiekunki, ciężko to określić. Stałam tak dalej opierając się o barierce kiedy usłyszałam kroki szybko się odwróciłam.
W drzwiach balkonu stał Dymitr.
- Przyrządziłem obiad, zjesz ze mną i bliźniętami? To znaczy my będziemy jeść leczo, które przyrządziłem a dzieci kaszki. – Powiedział z uśmiechem.
- Tak oczywiście. – Odwzajemniłam uśmiech. Dymitr wycofał się do mieszkania, a ja ruszyłam za nim. Zeszliśmy po schodach. Na dole bliźnięta były włożone już do siedzonek dla dzieci. A na stole w jadalni stały już dwa talerze ze sztućcami. Usiadłam przed jednym z nich. Brunet przyszedł po chwili z kuchni z półmiskiem  wypełnionym makaronem i leczo.
- Wygląda pysznie. – Powiedziałam wdychając kuszący zapach.
- Nałożyć ci? – Spytał, uśmiechając się.
- Nie, poradzę sobie – Powiedziałam, choć i tak podstawiłam mu mój talerz z uśmiechem. Roześmiał się. Nałożył mi porcję następnie sobie, po czym poszedł jeszcze do kuchni i wrócił z dwiema miseczkami z kaszką truskawkową. Usiadł naprzeciwko mnie. Zaczęliśmy jeść. W czasie posiłku Dymitr opowiadał mi kolejne fakty z mojego życia, z przed wypadku. Po tym jak zjedliśmy, nakarmiliśmy wspólnie Clare i Joanna. Po obiedzie za bardzo nie wiedziałam co mam robić dlatego wraz z Dymitrem bawiliśmy się z bliźniętami. Dzieci śmiały się a my wraz z nimi.
Po kolacji poszłam wziąć kąpiel. Ja miałam spać w sypialni a Dymitr powiedział, że będzie spał na kanapie bo wie, że mogłabym się czuć niekomfortowo.
Wieczorem obejrzeliśmy jeszcze film w czasie którego zasnęłam.
             Naglę się przebudziłam ktoś mnie gdzieś niósł chyba wchodził po schodach.
- Co się stało? – Spytałam sennie widząc przed sobą Dymitra.
- Zasnęłaś, nie chciałem cię budzić.

- Aha. – Wtedy poczułam już tylko jak jestem kładziona na łóżku. – Dobranoc. – Udało mi się jeszcze powiedzieć zanim zasnęłam.