poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Księga II rozdział XI

W pisaniu tego rozdziału skorzystałyśmy z pomysłu który wysłała nam Kasia.

Jak się okazało do naszej grupy lecącej na święta do Bai dołączyli się także Adrian z Sydney- tworzyli taką piękną parę. Pobrali się dwa lata temu i teraz spodziewają się dziecka. Blondynka jest już w szóstym miesiącu ciąży i wygląda przepięknie. Dymitr i Adrian doszli do porozumienia może i nie są najlepszymi przyjaciółmi ale Adrian przestał już wypominać Dymitrowi, że on odbił mu mnie.
Lecieliśmy ludzkimi liniami więc nie mieliśmy takich wygód jakbyśmy lecieli samolotem Aba. Ale i tak byliśmy szczęśliwi, bo mogliśmy być razem i nie powiem, że przez całą drogę było bardzo zabawnie. Nasze dzieci bawiły się na siedzeniach przed nami i głośno się śmiały. Ale my jako "ci dorośli" śmieliśmy się jeszcze głośniej w czasie naszych rozmów, w czasie których żartowaliśmy z wszystkiego. Ludzie z naszej części samolotu patrzeli na nas nieprzychylnie. Ze względu na to, że była to długa droga przespaliśmy się w między czasie, w tym czasie bliźnięta posadziliśmy przy oknach a sami usiedliśmy przy przejściu. Bliźnięta leżały w dziwnych pozycjach pozawijane w kocyki śpiąc słodko.
-Musze im zrobić zdjęcie wyglądają tak słodko.- powiedziałam do mojego męża sięgając po telefon.
-Oj Rose nie możesz im robić tyle zdjęć.- Powiedział do mnie, uśmiechając się i obejmując mnie ramieniem. Szybko pstryknęłam zdjęcie i wtuliłam się w jego silne ramiona.
-Przecież to nic takiego, a będzie taka śliczna pamiątka na starość. Będziemy mogli pokazywać naszym wnukom zdjęcia i opowiadać. "O a tutaj jechaliśmy na święta do waszej prababci i wasi rodzice tak właśnie spali. Oj były to bardzo szalone święta..." i zagłębimy się w fascynującą opowieść o wszystkich świętach które spędziliśmy razem.- Powiedziałam patrząc na niego z miłością, spojrzał na mnie pełnym uczucia wzrokiem.
-Kiedy stałaś się taka sentymentalna?- Powiedział praktycznie się już śmiejąc.
-Wiesz co to chyba zdarzyło się wtedy kiedy poznałam takiego jednego Rosjanina, ale z pewnością go nie znasz.- Powiedziałam uśmiechając się promiennie. Dymitr się zaśmiał i zaczął głaskać mnie po włosach.
-Śpij Roza mamy przed sobą długa podróż, a potem jeszcze musimy jechać samochodem ładnych parę godzin.- Podkurczyłam nogi pod siebie i wtuliłam się w mojego ukochanego zasypiając.
Obudziłam się kiedy lądowaliśmy. Bliźnięta też zaczynały się budzić, Dymitr oczywiście już nie spał i zdążył zamówić już dla niego kawę a dla mnie koktajl owocowy, który dosłownie postawiał mnie na nogi. Po chwili stewardesa przyniosła zamówienie. Pijąc swój koktajl spojrzałam na bliźnięta które przecierały piąstkami oczka, wyglądały uroczo. Dla Clary i Joanna mieliśmy przygotowaną herbatkę.
Kiedy samolot już wylądował, cała nasza grupa -Ja, Dymitr, Joann i Clara, Lissa, Christian, mała Rose, Sydney, Adrian i Elizabeth - udaliśmy się na śniadanie. Gdy tylko kelnerki zobaczyły z jaką rozbawioną grupką przyjdzie im się zmierzyć, dosłownie zbladły. Gdy już rozłożyliśmy się przy trzech złączonych stolikach, miały nie mały problem z opanowaniem jakie zamówienie składamy. I tak po 15 minutach już jedliśmy zamówione przez siebie dania. Po śniadaniu udałam się wraz z wszystkimi dziewczynami do łazienki, chłopacy również postanowili iść do toalety żeby potem w środku rozciągających się białych pół nie okazało się że ktoś musi koniecznie skorzystać z wc. Zakupiliśmy jeszcze jakieś przekąski na podroż i poszliśmy do dwóch samochodów które szybciej wynajęliśmy. Ja Dymitr, bliźnięta i Elizabeth wsiadaliśmy do pierwszego, a reszta wsiadła do drugiego.
Jechaliśmy pół dnia praktycznie bez przerwy mieliśmy tylko 3 postoje na zatankowanie samochodów, ewentualną potrzebę pójścia do toalety i odnowienie zapasu kawy.
W końcu przed nami ukazała się Baia, uśmiechnęłam się gdy tylko zobaczyłam ja w oddali. Przejechaliśmy przez miasteczko, żeby dojechać do domu mojego męża. Zaparkowaliśmy przed niewielkim domkiem. Jak się okazało z tyłu domu została wybudowana dobudówka, żeby było więcej miejsca. Gdy wypakowywaliśmy nasze bagaże przywiać nas przyszła rodzina Bielkovów. Olena wyściskała nas wszystkich po kolei.
-Jak wyście wyrośli.- Powiedziała tuląc do siebie bliźnięta, które przytulały się do niej z uśmiechem.- chodźcie na pewno jesteście zmęczeni po podróży.
-jak my się tutaj pomieścimy?- Spytała szeptem Lizi, kiedy wchodziliśmy do domu. Uśmiechnęłam się przypominając sobie Boże Narodzenia kilka lat w stercz. Że było to wariatkowo to mało powiedziane.
-Zobaczysz.- Weszliśmy do środka, gdzie unosił się zapach pomarańczy i potraw gotowanych w kuchni.
-Teraz tak...- Powiedziała Olena patrząc na nas.- Rose i Dymitr pokrój ten co zawsze, Lissa i Christian pokój na poddaszu, Elizabeth będziesz spała w pokoju z Wiktorią.- Wiki pokiwała do Lizi z uśmiechem, ta jej odkiwnęła uśmiechając się niepewnie.- Sydney i Adrian w pokoju obok Rose i Dymitra. A dzieci będą spały w jednym pokoju wraz z Sonią i mną.- Zaśmiałam się, Olena umiała zawsze wszystko zorganizować.- A teraz idźcie i odpocznijcie.- Kiedy wszyscy wzięliśmy swoje torby i zaczęliśmy wchodzić po schodach zrobił się mały korek, ale w końcu każdy trafił do swojego pokoju. Weszłam do dobrze już mi znanego pokoju i kiedy zamknęłam za nami drzwi odwróciłam się do mojego ukochanego.
-Wiesz co?- Spytałam zarzucając mu ręce na szyję i uśmiechając się przebiegle. Złapał mnie obiema rękami w tali.
- To chyba pierwsza noc od nie wiem jak dawna kiedy nie będziemy musieli gościć w naszym łóżku nieoproszonych gości.- Dymitr się zaśmiał.
- Aż tak ci źle że nasze małe szkraby czasami z nami nocują.
- Tak jeżeli przez to nie mogę się nawet przytulić do mojego męża.- Powiedziałam stając na palcach i całując go w usta. Gdy odsunęliśmy się od siebie, Dymitr powiedział.
- Spokojnie niedługo wyrosną z tego wieku.- Wywoła u mnie tym stwierdzeniem śmiech.
- No dobra to ja teraz pójdę zobaczyć co nasze maluchy rozwalają.- Dymitr się tylko zaśmiał i zaczął nas rozpakowywać.
Poszłam do pokoju Soni, gdzie miał być "żłobek", zapukałam, ale wątpię żeby ktoś usłyszał ten dźwięk, bo zza drzwi dobiegały roześmiane krzyki dzieci. Weszłam i zobaczyłam że wszystkie poduszki i kołdry leżą porozrzucane na ziemi, zasłony zostały zasłonięte przez co w pokoju panował półmrok. A dzieci skacząc po wszystkim bawiły się w duchy, czyli jedna osoba ma zawiązane oczy a reszta musi starać się aby nikogo nie złapała. Teraz zawiązane oczy miała mała Rose. Sonia siedziała przy oknie i czytała książkę. Podeszłam do niej.
- Ale rozgardiasz.- Powiedziałam do niej. Spojrzała na mnie z uśmiechem.
- Nie jest tak źle przynajmniej nie zaciągają mnie do zabawy.- Zaśmiała się. Usunęłam im z drogi wszystkie szklane i ostre rzeczy więc mogą się bawić.
- No jasne, ale jak to się stało przecież dopiero co przyjechaliśmy.
- Dzieci łatwo się przystosowują.
- To ja może zobaczę czy nie przyda się moja pomoc na dole.-powiedziałam i zeszłam na dół. Na dole praca szła pełną parą, Olena stała przy kuchence smażąc chyba filety, Wiktoria kroiła warzywa przy stole.
- Może w czymś pomóc?- Olena odwróciła się do mnie z uśmiechem.
- Możesz pokroić składniki do sałatki śledziowej.- Powiedziała wskazując miskę śledzi i inne potrzebne składniki, wzięłam większa miskę z szafki zaczęłam wszystko kroić. Krojenie zeszło mi ponad godzinę. W czasie krojenia miałyśmy masę śmiechu, w pewnym momencie Olena przez przypadek wylała połowę oleju na podłogę, śmiałyśmy się wtedy że będzie można się trochę poślizgać. Potem miałyśmy kolejny napad śmiechu kiedy do kuchni wszedł Dymitr i prawie przewróciłby się w miejscu gdzie był rozlany olej. Kiedy przełożyłam już sałatkę warstwowo do misek, poszłam do góry bo byłam padnięta.
Po szybkim prysznicu położyłam się obok mojego męża który czytał jakiś western. Wtuliłam się w niego.
- Co ciekawego czytasz towarzyszu?- Spytałam zaglądając mu przez ramię, i jak się okazało była to rosyjska książka.
- Jedną z moich starych książek.- Powiedział zaznaczając stronę i odkładając książkę na półkę i wyłączył światło.
- Byłeś u bliźniąt?
- Tak , pół godziny temu wszystkie dzieci już spały, Clara spała na fotelu, Joann na podłodze pod oknem, dzieci spały wszędzie tylko nie na przygotowanych łóżkach.- Zaśmiałam się to musiało komicznie wyglądać.
- Czeka nas jutro długi dzień.- Powiedziałam i ziewnęłam.
- Śpijmy. Dobranoc Roza.- Powiedział mój ukochany całując mnie w czubek głowy. Podniosłam nie co głowę i pocałowałam go w usta, gdy zakończyliśmy pocałunek usadowiłam wygodnie głowę na jego ramieniu.
- Dobranoc Towarzyszu.
Przygotowania do Świątecznej kolacji trwały cały dzień, wieczorem, najpierw wraz z Dymitrem wyszykowaliśmy bliźnięta. Clare ubraliśmy w granatową sukienkę w czerwone kropki i do tego białe rajstopki i czarne buciki z paseczkiem, włosy upięłam jej z tyłu czerwoną kokardką. Joann został wystrojony w czarne spodnie, białą koszulę i sweterek w kratę. Mój ukochany ubrał garnitur w którym wyglądał świetnie i wydawał się jeszcze wyższy niż zazwyczaj. Ja ubrałam czarna sukienkę w czerwone kwiaty z dekoltem w łódkę, dostałam ją od Dymitra na urodziny i muszę przyznać że ma on świetny gust, bo sukienka pasowała idealnie i podkreślała moją figurę, a przy okazji była bardzo wygodna, do tego czarne buty na koturnie. Reszta rodziny także była wystrojona, wszystkie kobiety z towarzystwa miały na sobie sukienki albo spódniczki, a mężczyźni garnitury albo same koszule.
Czas szybko nam leciał, a że było ponad dwadzieścia pięć osób, wszystkich kojarzyłam z wcześniejszych Świąt albo z wesela. Około dwudziestej nadszedł czas na prezenty, oczywiście najwięcej dostały dzieci. Clara i Joann dorobili się kilku nowych zabawek i ubranek.
- Czy mi się wydaje czy tej książki nie ma jeszcze na rynku?- Spytał mnie Dymitr, kiedy zobaczył co mu dałam, a dałam mu książkę jego ulubionego autora która miała zostać wydana dopiero za miesiąc i wiedziałam że już na nią czekał.
- Owszem.- powiedziałam uśmiechając się do niego tajemniczo.
- Jak co się udało ja zdobyć?- Spytał zszokowany.
- Po pierwsze to jest to sekret strażnika, a po za tym kobiety mają już swoje sposoby.- Powiedziałam uśmiechając się szeroko, na co odpowiedział mi tym samym. A o książkę musiałam dzwonić chyba z 20 razy do autora i chyba z 30 maili wysłałam aż w końcu zgodził mi się sprzedać wersję pdf ale musiałam złożyć pisemne oświadczenie że wiem jakie będą skutki jeżeli będę tą książkę rozprzestrzeniać dalej. W drukarni dokładnie powiedziałam pracownikom co im zrobię jeżeli rozprzestrzenią tą książkę. Postarałam się także żeby książka jak najbardziej przypominała te które Dymitr miał kiedyś jako dziecko, uważam że wyszło świetnie. W środku napisałam dedykację, oczywiście pozwoliłam także dorzucić jakiś podpiski od Clary o Joanna, czyli od Clary uśmiechnięty kwiatek, mający za płatki wszystkie kolory świata, a od Joanna zielonego dinozaura. Dymitr otworzył książkę na pierwszej stronie i roześmiał się widząc rysunki bliźniąt, potem pochylił się i pocałował mnie w policzek.
- Dziękuję. Otwórz swój.- Powiedział wskazując na paczkę która leżała na moich kolanach, ale której nie zdążyłam jeszcze otworzyć. Było to chyba jakieś pudełeczko opakowane w czerwony papier. Odwiązałam zieloną wstążkę i zajrzałam do środka. Było to czarne pudełko wyłożone materiałem takie jak na biżuterię. Odłożyłam na bok papier i otworzyłam pudełko. W środku było one wyłożone białym materiałem a na środku leżał naszyjnik, był to łańcuszek i niewielkie serduszko z białego złota. Podniosłam do góry łańcuszek, po  drugiej stronie serduszka były wypisane nasze inicjały :"R.D.C.J.". było to piękne. Uśmiechnęłam się szeroko i przytuliłam do Dymitra.
- Dziękuję.- Pogładził mnie po plecach.- Założysz mi go?- odwróciłam się do niego, a on zapiął mi łańcuszek na karku. Serduszko prezentowo się idealnie.
Kolacja mijała nam spokojnie, kiedy cała rodzina rozeszła się już do domów, a dzieci zostały położone spać, wraz z Dymitrem, Lissą, Christianem, Adrianem i Sydney usiedliśmy w salonie przy kominku z szklankami gorącej czekolady. Zaczęliśmy wspominać stare czasy.
- Pamiętacie jaka kiedyś była Mia?- Spytałam.
- Była okropna, dobrze że się zmieniła.- Powiedziała Lissa.- To co wtedy o tobie wygadywała...
-A co takiego wygadywała?- Spytał Adrian nie wiedząc o co chodzi.
- Lepiej nie wiedzieć.- Powiedziałam, a wszyscy którzy wiedzieli o co chodzi pokiwali głowami że się zgadzają.- No dobra a kto was najbardziej wkurzał w szkole?
- Mnie Aron.- Powiedział Christian, patrząc z miłością na Lissę. Wszyscy się zaśmialiśmy.
- No tak gdyby nie ja nigdy byście nie byli razem.- Powiedziałam z ironią.
- Wciąż jestem na ciebie o to zły.- powiedział Chris.
- A ciebie, towarzyszu?- Spytałam opierając się o jego pierś.
- Każdy chłopak który patrzał na ciebie jak zwierzyna na swoja ofiarę.- powiedział poważnie, przez chwilę była kompletna cisza, ale zaraz potem wszyscy się roześmialiśmy. Kiedy już opanowaliśmy napad śmiechu powiedziałam:
- A mnie wkurzał Jesse , nie wiem jak mogłam chcieć się z nim umawiać. - Powiedziałam i aż się skrzywiłam przypominając sobie że się z nim całowałam.
- Aha no tak, a pamiętasz jak pisałyśmy o tym na lekcji i ten nauczyciel przeczytał nasze wiadomości?- Spytała Lissa ze uśmiechem.
- Prawie się tam ze wstydu nie spaliłam, i niestety wciąż pamiętam tamten wieczór, kiedy miała miejsce nasza schadzka.- Powiedziałam i na wspomnienie tego że się wtedy całowaliśmy aż się wzdrygnęłam.- Ale uratował mnie wtedy mój rycerz w ... prochowcu.- Powiedziałam i odwróciłam się lekko żeby pocałować mojego rycerza, który jak się okazało był myślami gdzieś indziej, ale jak dałam mu całusa, od razu spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Coś ominąłem?-Spytał.
- Nie, nic, wspominamy stare dobre czasy.- Powiedziała Lissa ze śmiechem.
- Gdzie odpłynąłeś?- Spytałam.
- A w takie jedno wspomnienie.- Powiedział zdawkowe, wiedziałam ze coś kryje.
Potem jeszcze ponad godzinę wspominaliśmy, po czym rozeszliśmy się do swoich pokoi. Kiedy leżałam już z Dymitrem w łóżku zapytałam:
- A nad czym się tak zamyśliłeś kiedy wspominaliśmy?- Miałam głowę na jego piersi i słuchałam jak jego serce spokojnie bije.
- Przypomniało mi się jak was wtedy nakryłem.- Powiedział, a ja wiedziałam że chodzi o Jessego.
- I co sobie przypomniałeś?- Byłam ciekawa jak on widział tamten moment.
- Przypomniałem sobie że obserwowałem cię jak rozmawiałaś z Jessem...
- Przecież gadałam z nim tylko przez kilka sekund.
- Obserwowałem cię więc to zauważyłem.- Powiedział, spojrzałam na niego i zobaczyłam że się nie co uśmiecha.- Następnie widziałem jak Jesse idzie na górę, rozglądając się czy ktoś go nie widzi, a potem tą samą drogą poszłaś ty. Na początku myślałem że to może przypadek, ale potem nie było was dłuższy moment, więc za wami poszedłem.
- A skąd wiedziałeś w jakim pokoju nas szukać?
- Nie wiedziałem, zanim trafiłem na "wasz pokój" zajrzałem jeszcze do pięciu innych. Nawet nie wiesz jakie to było frustrujące że nie mogę cię znaleźć, jeszcze jak pomyśleć że byłaś z nim.- Westchnął i pocałował mnie w głowę. A ja przypomniałam sobie moment kiedy wszedł do pokoju i wygonił już Jessego,... wtedy patrzał na mnie w taki sposób.
- A dlaczego wtedy tak na mnie patrzałeś?- zapytałam zamyślona.
- Bo miałem wtedy okropną ochotę cię przytulić i pocałować, na szczęście mnie otrzeźwiłaś. - Powiedział.
- Naprawdę?- Byłam zdziwiona.
- Naprawdę nie oszukujmy się ale chyba nie ma na ziemi faceta któremu byś się nie podobała.
- Wiesz że wtedy niemiałabym nic przeciwko gdybyś mnie pocałował?
- Teraz już tak. - Zaśmiałam się. Ziewnęłam, zdałam sobie sprawę że jest już po trzeciej w nocy.- trzeba iść spać, dobranoc Roza. Kocham cię.- Powiedział Dymitr całując mnie w czubek głowy.
- Ja też cię kocham, dobranoc.- wtuliłam się w niego mocniej i zasnęłam
Byłam na parkingu. Od razu rozpoznałam to miejsce. Tutaj dokonałam swojej najgorszej zbrodni. To był ten sam parking na którym zginął Wiktor Dashkov. Nie chciałam tu być, ale nie byłam w stanie uciec, ani się obudzić. Dopiero teraz do mnie dotarło kto to może być.
- Wyjdź Robert !-krzyknęłam obserwując otoczenie. Nie widziałam go, chyba specjalnie się ukrył.
-Niby dlaczego ?-zapytał głos pochodzący z nicości. Nie umiałam znaleźć jego źródła pomimo mojego bardzo dobrego słuchu.
-Pokarz się !-zażądałam.
-Nie mam zamiaru !-odpowiedział trochę zdenerwowanym głosem i nagle poczułam jak nogi się pode mną uginają. Używał tej samej mocy Ziemi co Wiktor tamtej nocy. Nie mogłam ustać i upadłam na kolana. Ziemia co chwilę się zmieniała utrudniając mi wstanie. Po chwili wszystko się wyrównało. Wstałam i otrzepałam się.
-Czego chcesz ode mnie ?-zapytałam mając skryta nadzieję, że mi odpowie.
-Chcę, żebyś cierpiała. Dałem ci dużo czasu byś doceniła to co masz, teraz będę mógł lepiej się zemścić.– powiedział stanowczym głosem i poczułam jak brakuję mi powietrza w płucach. Nie mogłam złapać tchu. To było okropne. Kiedy, już prawie nie mogłam wytrzymać, przestał. Łapczywie zaczerpnęłam świeżego powietrza. To było okropne. Do oczu zaczęły mi napływać łzy. Trudno powiedzieć dlaczego. W końcu jak mniej więcej uregulowałam oddech powiedziałam:
-Przepraszam.
-Nic mi po twoich przeprosinach. Tym go nie zwrócisz. – krzyknął i odnowa zaczął swoje tortury. Tym razem sprawił, że zaczęłam się palić. Mimo iż to był sen, czułam ból. Czułam jak płomienie pochłaniają moje ubrania, jak moja skóra się parzy. Krzyczałam. Krzyczałam z bólu, który był nie do zniesienia. Zamknęłam oczy, prosząc, aby to się wreszcie skończyło. Nagle poczułam jak ktoś mną szarpie. Był to Dymitr. Siedział koło mnie, trzymając mnie za ramiona. Nie wiedziałam co się dzieje. Zobaczyłam, jaki jest przerażony. Ja sama byłam. Usiadłam na łóżku i przytuliłam się do niego, szlochając.
-Ale mnie nastraszyłaś Roza. – powiedział trzymając mnie w objęciach-Nie mogłem cię dobudzić. Co ci się śniło ? –zapytał pełen troski. Widać było coś nie tak ze mną podczas snu.
-Robert Daszkow przyszedł się na mnie zemścić za Wiktora. Torturował mnie. Najpierw sprawił, że nie mogłam ustać na nogach, potem dusił mnie, a na końcu podpalił.-powiedziałam, dalej nie mogąc uwierzyć w to co przeżyłam we śnie. Dymitr cały czas trzymał mnie w swoich objęciach. Czułam się tak bezpiecznie przy nim, zwłaszcza w tej chwili. Po chwili oderwałam się od niego i wytarłam mokre od łez oczy i policzki. Zaczęłam się wiercić pod kołdrą i poczułam ostry ból na nogach. Zrzuciłam pościel i ujrzałam całe poparzone nogi. Na rękach nic nie miałam, jedynie nogi. Były całe czerwone i schodziła z nich skóra. Kiedy mój ukochany to zobaczył nie mógł uwierzyć własnym oczom. Po chwili podniósł mnie z łóżka i zaniósł do łazienki. Tam napuścił zimnej wody do wanny. Weszłam do niej i poczułam ulgę. Cały ból i pieczenie ustąpiło. Po chwili do łazienki wpadła Olena a za nią Wiktoria i Sonia i jeszcze w korytarzu ujrzałam Lissę, Christiana i Adriana.
-Matko Boska co ci się stało ? – zapytała Olena.
-Sama nie wiem. – odpowiedziałam. W sumie nie sądziłam, że użytkownicy Ducha są zdolni do czegoś takiego.
-Dymitr przynieś mi apteczkę z kuchni i dodatkowe bandaże i gaziki.- rozkazała. Lissa chciała mnie uzdrowić ale jej nie pozwoliłam, wiedziałam ze te rany niedługo się zagoją, a dla niej używanie ducha nie jest dobre. Po chwili wszystko już było naszykowane. Olena zamoczyła gaziki zimna wodą. Kazała mi wyjąć nogi z wanny co posłusznie zrobiłam. Przyłożyła mi mokre gazy na nogi i zaczęła lekko bandażować. Po piętnastu minutach byłam już opatrzona. Bandaże miałam od kostek do połowy ud. Ledwo szłam. Każdy ruch powodował nie przyjemne uczucie tarcia. Szłam podpierając się o mojego towarzysza.
- Dziękuje bardzo. – powiedziałam i przytuliłam matkę Dymitra.
- Nie ma sprawy. Ważne, że szybko przyszliście. Nie wiadomo jakby to mogło się skończyć. Teraz idź i odpoczywaj. Twoje nogi się szybko zagoją ale i tak musisz uważać na nie. Najbliższe dwa tygodnie mogą być ciężkie, ale potem powinno być już coraz lepiej. No to Dobranoc.
- Dobranoc – odpowiedzieliśmy jednocześnie ja i mój narzeczony. Poszliśmy do pokoju. Było około szóstej rano, gdyż można było dostrzec pierwsze oznaki nadchodzącego świtu.
-Co zamierzamy z tym zrobić ? – zapytał pełen powagi.
-Jeszcze nie wiem. Trzeba zobaczyć czy przyjdzie kolejny raz. – odpowiedziałam.
-Na pewno przyjdzie w tym rzecz. On nie odpuści. Trzeba go w jakiś sposób powstrzymać. Nie mogę znieść tego, że cierpisz teraz i możesz cierpieć w przyszłości. – starał się mówić z opanowaniem, ale trochę mu się nie udało. W jego oczach można było dostrzec złość i determinację. -Na początek musimy dopilnować żeby twoje rany się zagoiły, a potem zobaczymy, odnajdziemy go.- Powiedział z determinacją.
-Dobrze. – odpowiedziałam i go pocałowałam.- Musze zobaczyć co u bliźniąt, przecież on mógł im coś zrobić.- Powiedziałam, przypominając sobie że skoro umiał zrobić mi coś takiego we śnie to tym bardziej Clarze i Joannowi. W miarę możliwości ruszyłam do drzwi.
- Może ja pójdę zobaczyć.
- Nie ja także chcę zobaczyć czy u nich wszystko dobrze. - Powoli doszliśmy do pokoju gdzie spały dzieci, tej nocy spały już na łózkach, Clara i Joann spali spokojnie na łóżku przy oknie. Patrzyliśmy na nie chwilę po czym poszliśmy spać.

Księga II rozdział X

Siedzieliśmy wraz z Dymitrem na kanapie którą lekarz pozwolił nam tutaj wstawić, Dymitr obejmował mnie ramieniem, przytulając do siebie. Clara leżała skulona i przytulona do jego drugiego boku, spała już od dłuższej chwili. Ja także byłam bardzo zmęczona ale jednak próbowałam utrzymać powieki otwarte. Wszyscy baliśmy się o Joanna bo wedle zapowiedzi lekarza powinien obudzić się już dawno temu, a on wciąż spał nie dając znaków życia. Clara mówi że odczuwa go i że on tam jest choć nie może się z nim porozumieć, bo jego umysł jest jakbym zamknięty przed nią.
-Idź spać Roza, nie pomożesz mu kiedy będziesz zmęczona.- Powiedział Dymitr całując mnie w czoło. Siedzieliśmy w szpitalu już od rana. Wszyscy byliśmy przemęczeni a stan Joanna się nie poprawiał choć lekarz twierdził że to normalne.
-A co jeżeli się obudzi kiedy będę spała?
-To cię od razu obudzę.- Ułożyłam głowę na jego ramieniu, a on swój policzek oparł o czubek mojej głowy, czułam jego ciepły oddech poruszający nieco moje włosy, związane teraz w luźnego koka. Czułam jak moje oczy same się zamykają już miałam odpłynąć kiedy usłyszałam dziwny dźwięk z łóżka naszego synka, jakby się bardzo intensywnie wiercił. Szybko otworzyłam oczy podnosząc się i z przerażeniem zobaczyłam że Joann cały się trzęsie, Dymitr już zerwał się i biegł do drzwi kiedy wybiegł na korytarz zaczął wołać lekarza. Clara skulona płakała w kącie kanapy. Podbiegłam do łóżka Joanna i podtrzymałam jego głowę żeby przestał nią tak uderzać o łóżko. Byłam przerażona, mój synek, mój niezwykły synek, zapewne umiera. Łzy pociekły mi po twarzy, na sale wbiegł lekarz i doktor Olendzka.
-Proszę wyjść.-Krzyknęła do mnie i do reszty mojej rodziny. Dymitr odciągną mnie od łóżka, biorąc na ręce również Clare. Na korytarzu, kiedy drzwi się za nami zamknęły, moim ciałem zawładnął szloch. Usadowiliśmy się na podłodze przy drzwiach. Nie wiem ile tam siedzieliśmy zapewne było to zaledwie 5 minut ale dla mnie mogły to być wieki. Doktor Olendzka wyszła do nas i spojrzała na nas spokojnie po czym się uśmiechnęła.
-Obudził się możecie do niego wejść.- powiedziała, a my szybko weszliśmy na sale. Joanna leżała spokojnie, kiedy weszliśmy spojrzał na nas i się uśmiechnął. Podeszliśmy do niego. Clara od razu ułożyła się obok niego i chyba prowadzili wewnętrzna rozmowę bo nasz córeczka uśmiechnęła się. Ja wraz z Dymitrem usiedliśmy po jego obu stronach.
-jestem głodny.- Powiedział Jo. A ja zaczęłam się śmiać przez łzy i go mocno wyściskałam.

2 tygodnie później

Joann wrócił do domu tydzień temu i wciąż miał wilczy apetyt który był chyba wynikiem całej tej śpiączki, teraz je wszystko i zaczynamy się o niego martwić czy czasem nie je za dużo ale lekarz mówi że nie ma się co przejmować bo byłoby gorzej gdyby nie jadł.
Co do Elizabeth daje jej wycisk, komentuje wszystko co robi, jestem ciekawa czy kiedyś w końcu  w jakiś sposób zareaguje bo na pewno nie będę jej darzyła szacunkiem jeżeli nie umie walczyć o swoje racje. Dziś na lekcji wcale nie byłam dl anei j mniej pobłażliwa, widziałam że jest już nieco wkurzona. Kiedy lekcja się skończyła podeszła do mnie, kiedy zabierałam swoja torbę.
-Możesz mi powiedzieć o co ci chodzi?- Wypaliła.
-Ale co masz na myśli?-Spytałam udając głupią.
-Ciągle mnie komentujesz i poprawiasz choć wiem że robię dobrze dane ruchy o co ci chodzi?- Uśmiechnęłam się przebiegle, było jasne że kiedyś się postawi.
-No nareszcie.
-Co nareszcie?
-W końcu się postawiłaś, teraz ci odpuszczę.

Potem nasze stosunki stanowczo się poprawiły nawet wywiązało się między nami coś w rodzaju przyjaźni, tak żyliśmy aż do Świąt Bożego Narodzenia kiedy to mieliśmy jechać do Bai, zaproszeni zostali również Elizabeth, jej matka, mój ojciec, Lissa, Christian i ich córeczka a także moja matka, zapowiadały się szalone Święta.

Księga II rozdział IX

Musiałam iść na lekcje, dlatego z Joannem został Dymitr z Clarą, która nie odstępowała w zasadzie brata ani na krok. Jak się okazało rano nasz synek się nie obudził, ale doktor który przyjechał do akademii na prośbę dr Olendzkiej mówi że najwyraźniej potrzebuje więcej odpoczynku. Wierzymy w jego słowa bo nic po za tym nam nie pozostaje, Joann jest podłączony do różnych urządzeń, jedno z nich przedstawia rytm jego serca, które bije różne i mocno- wszyscy uznają to za dobry znak. Najbardziej się bałam, że w czasie kiedy będę na lekcjach Joann może się obudzić, albo może mu się coś stać, ale mój mąż zapewnił mnie że gdyby cos się stało od razu mnie wezwie.
Na sali do której właśnie dotarłam, byli już uczniowie rozmawiający w grupkach. Zobaczyłam wśród nich Elizabeth i dopadł mnie gniew, jak ona śmie mnie oceniać skoro nawet mnie nie zna? Dobra spokojnie dam radę, muszę się tylko opanować, wzięłam kilka głębokich wdechów i weszłam do sali, odłożyłam torbę na ławkę i odwróciłam się do uczniów którzy umilkli jak tylko się pojawiłam.
- Dzień dobry strażniczko Hathaway.- Powiedzieli chórem.
- Dzień dobry. Jesteście już rozgrzani?- Było pewne że nie bo nie mieli na sobie ani kropli potu, ale zapytać nigdy nie zaszkodzi.
- Nie.- Odpowiedział któryś z nowicjuszy.
- W takim razie 5 kółek do dokoła sali.- powiedziałam i sama zaczęłam biec a oni ruszyli za mną. Gdy mieliśmy za sobą już te okrążenia zaczęliśmy się rozciągać. Po czym przyszedł czas na naukę kolejnych chwytów.
Wytłumaczyłam im dokładnie jak wykonywać poszczególne ruch i chwyty, po czym zaczęłam chodzić po sali sprawdzając jak im to idzie i jak była potrzeba poprawiałam ich. Jak się okazało Elizabeth robiła wszystko praktyczni najlepiej z grupy, ale nie zamierzałam jej odpuścić. Podeszłam do niej i do chłopaka który z nią ćwiczył- miał on na imię Josh. Popatrzyłam na nich i stwierdziłam że Elizabeth radzi sobie świetnie, a jej partner dotrzymywał jej kroku.
- Elizabeth powinnaś wyżej trzymać ręce, w taki sposób jak masz je teraz, strzyga bez problemu mogłaby cię złapać za szyję i skręcić ci kark.
- Dobrze.- Powiedziała i wykonała instrukcje którą jej dałam, w zasadzie to że trzymałą te ręce wyżej nic nie zmieniało, bo strzyga w równym stopniu teraz jak i wtedy mogła by jej skręcić kark gdyby nie była wystarczająco szybka i spostrzegawcza, a jej przeciwnik okazałby się dobry w walce. Zauważyłam że ma nogi ustawione w zasadzie w jednej linii, co mogłoby jej utrudnić zrobienie szybkiego kroku w przód lub w tył.
- Josh zrób duży krok do przodu prawą nogą.- Chłopak szybko wykonał polecenie, Elizabeth starała się zrobić krok do tyłu jednak się zachwiała i by się przewróciła gdyby jej partner jej nie podtrzymał za łokcie.- Zawsze stawiaj jedną nogę z przodu druga z tyłu, dzięki temu łatwiej będzie ci się poruszać i przenosić ciężar ciała.
- Poprawię się.- Powiedziała chyba skruszona.
- Mam nadzieję.- Odpowiedziałam chłodno i ruszyłam dalej. Gdy już stwierdziłam że wszyscy mniej więcej opanowali ruch postanowiłam sprawdzić jak wykorzystają go w walce ze mną. Stanęłam na środku sali.- Teraz sprawdzę jak każdy z was umie wykorzystywać ten ruch w walce ze mną. Kto pierwszy?- zgłosił się jakiś chłopak.
Walczyłam z nim chwilę i w czasie tej chwili miał 5 okazji aby wykorzystać chwyt który im pokazałam , wykorzystał go 2 razy. Nie jest źle bo w 2 innych przypadkach wykorzystał ruch mniej fachowy no, a w jednym z przypadków nie dał rady się obronić i wylądował na macie. Kolejnych kilka osób sprawdziło się bardzo podobnie niektórzy lepiej niektórzy gorzej. Po czwartej osobie zauważyłam że nikt nie wyszukuje moich wad w walce ze swoimi poprzednikami żeby móc je potem wykorzystać. A to poważny błąd. Zawsze trzeba obserwować przeciwnika nawet jeżeli sądzisz że nie będziesz z nim walczyć.
Przyszedł czas na Elizabeth, zauważyłam że stanęła tak jak jej radziłam, no to teraz czas zobaczyć czy korzysta z innych moich rad.  Walka była szybka trwała góra 3 minuty i już wiedziałam że ona jak chyba jedyna zwróciła uwagę na to że powtarzam wciąż te same ruchy tyle że w innej kolejności, bardzo skutecznie się przed nimi chroniła.  Zawsze kiedy była możliwość aby wykorzystać ruch który im szybciej zaprezentowałam broniła się przed nim, ale za każdym razem inaczej. Gdy już wszyscy mieli przećwiczone ruchy, odwróciłam się w ich stronę.
- Jaki błąd wciąż popełnialiście?- Spytałam i zobaczyłam na ich  twarzach niewiedze.
- Nie używaliśmy szybciej przećwiczonego ruchu?- rzucił jeden z chłopaków.
- Nie. Ma ktoś inny pomysł?- już wiedziałam że nikt nie ma.- Kto był pierwszy?- Zgłosił się jeden chłopak.- Ty i jeszcze jedna osoba nie popełniliście tego błędu, ty bo byłeś pierwszy, a ta osoba bo robiła coś czego nikt z was nie robił.
- Ale czego takiego nie robiliśmy?- Spytał ktoś z grupy.
- Nie obserwowaliście.
- Przecież  przez cały czas obserwowaliśmy.- Oburzył się wysoki blondyn.
- W takim razie jakie są moje słabe punkty? Jakie ruchy wciąż powtarzałam?- zobaczyłam na ich twarzach zaskoczenie.- Tak wciąż robiłam te same ruchy każdy z was miał identyczny zestaw ułożony w innej kolejności. Nie wspomnę że ukazywałam wam moje największe słabości.
- Na przykład jakie?- spytał ten sam blondyn.
- Jestem niska, i pomimo że mój przeciwnik miał ponad 1, 8 celowałam w jego głowę, dzięki czemu miał bardzo łatwy sposób żeby mnie obezwładnić.- Opadły im szczęki, kiedy zrozumieli swój błąd. - No dobra ale od czego ja jestem żebyście mogli się nauczyć właśnie zauważania takich rzeczy i ich wykorzystywania, a teraz dwa kółka do dokoła sali i jesteście wolni.- poszłam po swoje rzeczy i poczekałam aż przebiegną te dwa kółka po czym wyszłam z sali.
Poszłam do skrzydła medycznego gdzie Dymitr rozbawiał właśnie Clare, udając głos Króla Juliana. Przystanęłam we wejściu, patrząc na moją rodzinę. Dymitr mnie po chwili zobaczył i się do mnie uśmiechnął.
- Jak tam na zajęciach?- Podeszłam do nich i każde z nich ucałowałam, potem schyliłam się także na Joannem, który spokojnie leżał na łóżku i jego także ucałowałam w czoło.
- A nic specjalnego.- Odpowiedziałam.- A co tutaj słychać?
- Joann się jeszcze nie obudził, no a my z Clarą bawimy się.- Powiedział uśmiechając się do naszej córki która siedziała u niego na kolanach.
- To dobrze, na pewno niedługo się obudzi.- Powiedziałam i starałam się brzmieć na pewną, choć w głębi siebie wcale nie byłam tego taka pewna.
- Musi być wszystko dobrze.- powiedział Dymitr.
Resztę popołudnia spędziliśmy na rozmowie i grze w różne gry żeby odciągać trochę zarówno Clare jak i siebie od niepokojących myśli. Ok 3 popołudniu przyszedł lekarz i odłączył kilka kabelków od Joanna, bo stwierdził że nie są one już potrzebne. Gdyby wiedział co się stanie niedługo później, by ich nie odłączał.

Księga II rozdział VIII

Właśnie mieliśmy schodzić na dół kiedy usłyszeliśmy krzyk Clary, dobiegający z kuchni. Z rozpaczą nawoływała Joanna, ale ona nigdy do niego nie woła na głos, zawsze rozmawiają z sobą w myślach- choć wraz z Dymitrem raczej staramy się je namówić żeby rozmawiały, jeszcze się nie udało. Spojrzałam na Dymitra, zobaczyłam na jego twarzy strach, biegiem ruszyliśmy na dół. Abe też już biegł w stronę kuchni. Gdy tam wbiegliśmy zobaczyliśmy Clare która klęczała, płacząc obok Joanna, który nie dawał znaków życia. Przeraziłam się.
Dymitr szybko dopadł do Jaonna, sprawdzając jego funkcje życiowe. Spojrzał na mnie z ulgą.
- Oddycha, weź Clare i zadzwoń do dr Olendzkiej.- szybko podbiegłam do Clary która zresztą tak jak ja nie chciała odstępować Joanna, ale nic tutaj nie zdziałamy. Przytrzymując ją mocno do siebie wyszłam do salonu.
- Tato zadzwoń do dr Olendzkiej.- Powiedziałam do Aba.
- Już dzwonię.- Powiedział wyjmując telefon. Szybko wybrał jakiś numer i już relacjonował co się stało. Poszłam z Clarą do kanapy i przytuliłam ją do siebie. Wiedziałam że Dymitr dobrze zajmie się Joannem. Bo on chyba po prostu umie wszystko albo uczęszczał regularnie na kurs pierwszej pomocy z czego ja swego czasu zrezygnowałam, teraz tego żałowałam bo nie mogłam nawet pomóc własnemu synowi.
Clara płakała wtulona w moje ramiona.
- To moja wina.- ciągle powtarzała
- Nie skarbie to nie twoja wina.- Powiedziałam głaszcząc ją po głowie.- Wszystko będzie dobrze.- Nie wiem czy mówiłam to bardziej do siebie czy do niej.- Tatuś dobrze się zajmie Joannem.
- Mamusiu ja nie wyczuwam Jo, go nie ma. To moja wina to ja chciałam ciastka.- Płakała dalej. Wiedziałam że dopóki nie poczuje znowu Joanna, nie uspokoi się. Po chwili do salonu wszedł Dymitr z Joannem na rękach. Wstała robiąc mu miejsce na kanapie, położył tam naszego synka.
- Co mu jest?- spytałam mojego męża patrząc na niego z przerażeniem, bo nasz synek wyglądał naprawdę słabo, był blady i nie widziałam aby choć trochę się poruszał, o tym że żyje świadczyło tylko to że jego klatka piersiowa wciąż się miarowo podnosiła. Zauważyłam że ma czymś sklejone włosy.
- Przewrócił się, ma ranę na głowie, stąd ta krew. Kiedy przyjdzie dr Olendzka?- to pytanie było skierowane do Aba.
- Powinna niedługo być. Mówiła że będzie za 5 minut.
Po chwili faktycznie do naszego domu wpadła dr Olendzka z torbą za nią szło dwóch strażników z noszami. Dr szybko przykucnęła obok Joanna i zaczęła go badać. Zaświeciła mu latarką w oczy, ale chyba nie zadowolił jej efekt. Następnie obejrzała ranę na głowie i ją oczyściła. Potem obejrzała rękę i ją usztywniła. Następnie założyła mu także kołnierz ortopedyczny na szyję.
- co mu się stało?- spytała.
- Spadł z krzesła i się uderzył w głowę.- Powiedziała Clara odrywając się na chwilę od mojego ramienia.- Ja go nie czuję.- Dopowiedziała jeszcze i znowu wtuliła się w moje ramię. Dr Olendzka spojrzała na nas zdezorientowana ostatnimi słowami naszej córki. Na szczęście Dymitr już spieszył z wyjaśnieniami.
- Mają więź dzięki której mogą się porozumiewać bez słów, wiedzą także zawsze gdzie znajduje się to drugie, co czuje. Ale co z naszym synem? Wyjdzie z tego?- Spytał niecierpliwiąc się tak jak ja.
- Muszę go wsiąść na dokładniejsze badania podejrzewam pęknięcie kości przedramienia w 2-3 miejscach, co do głowy na chwilę obecną nie mogę wiele powiedzieć póki nie zrobię tomografu.- Zwróciła się do dwóch strażników z noszami, aby przynieśli je bliżej sofy. Przenieśli Joanna na nosze i przypięli go do nich. - Zabieram go do skrzydła medycznego. Zrobię tam wszelkie możliwe badania. Na szczęście mamy część wyposażenia szpitalnego.
- Idziemy z panią.- Od razu powiedziałam.
- Dobrze tylko musicie się zachowywać i mi nie przeszkadzać.- Powiedziała i ruszyła do wyjścia szyi krokiem a za nią strażnicy z noszami. Dopiero wtedy odezwała się Elizabeth którą zauważyłam dopiero teraz kiedy miałam już wychodzić.
- A co ze mną mam wracać do dormitorium?- Spytała, a ja pomyślałam że to najgłupsze pytanie pod słońcem.
- No jakbyś nie zauważyła mamy teraz trochę innych zmartwień na głowie niż rozmowa z tobą i pocieszanie cię.- Powiedziałam.
- Może nie byłoby całej tej historii gdybyś była lepszą matką.- Jak ona śmie tak mówić, zraniła mnie i to mocno. Może i nie byłam najbardziej odpowiedzialną osoba na świecie ale starałam się jak mogłam.
- Rose chodź nie przejmuj się nią.- Powiedział Dymitr wyprowadzając mnie z domu, i ruszając za dr Olendzką.- Jesteś świetną matką.- Powiedział.
- Ale gdybym może była lepszą Joannowi nic by nie było, wszystko to moja wina.- Powiedziałam i poczułam łzy oczach. -Całkowicie zapomniałam o bliźniętach w czasie rozmowy z Abem i Elizabeth, jestem wyrodną matką.
- Nie jesteś Rose jesteś wspaniałą matką. Chodź.- Pociągną mnie za sobą. Clara już zaczęła się uspokajać ale po jej policzkach wciąż płynęły łzy.
Szybko dotarliśmy do skrzydła  medycznego. Od czasu kiedy uczęszczałam do akademii powiększyło się ono znacznie. Był tutaj osobny gabinet dla Olendzkiej, osobna sala dla chorych były tam zaledwie dwa łózka przedzielone tylko zasłonką bo nie było potrzebne tutaj więcej miejsca, po za tym w piwnicy był także tomograf, podobno dr Olendzka była na specjalnym kursie aby móc go obsługiwać, a także jeszcze kilka innych pomieszczeń z różnymi urządzeniami. Te pomieszczenia rozrosły się tak ze względu na to że akademia była położona wile kilometrów od najbliższego szpitala i wszyscy woleli mieć wszystkie potrzebne w razie czego urządzenia niż żeby komuś coś się poważnego stało tylko ze względu na to że nie zrobiło się na czas odpowiednich badań.
Gdy dotarliśmy już przed sale gdzie znikła dr Olendzka, usiedliśmy na krzesełkach przed drzwiami i czekaliśmy. Po 10 minutach dotarł tutaj także Abe.
- wiecie coś?- spytał rozgorączkowany.
- Jeszcze nie, dopiero robią mu badania.- Powiedziała Dymitr bo ja nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Dopiero po jakiejś pół godzinie wyszła dr Olendzka i stanęła przed nami.
- I co?- spytałam.
- Będzie dobrze, rękę włożyliśmy w gips, aby kość mogła się dobrze zrosnąć, ma także lekki wstrząs mózgu. Wyjdzie z tego, teraz musi odpocząć, jeszcze się nie obudził ale dałam mu już środki przeciw bólowe dlatego powinien do rana spać.
- Możemy do niego wejść?- spytałam.
- Tak oczywiście.- zaprowadziła nas do pokoju gdzie leżał Joann, jedną rączkę miał w gipsie, do drugiej przyczepioną rurkę doprowadzającą kroplówkę do jego krwi, głowę miał zawiniętą raz bandażem aby podtrzymać opatrunek. Szybko do niego podeszliśmy, Clara od razu odwróciła się w jego stronę i na jej twarzy można było zobaczyć radość spojrzałam na to z ulgą, bo to oznaczało że wyczuła go, zwróciłam na to uwagę Dymitrowi który także się rozpromienił, wiedzieliśmy już że wszystko będzie dobrze.

Księga II rozdział VII

Widać było po Elizabeth że jest zagubiona.
- Czyli jesteś moim ojcem?- Spytała z wahaniem.
- Tak jestem twoim ojcem.- Powiedział Abe. Panowała napięta atmosfera. Ja siedziałam na kanapie z łokciami opartymi o kolana, przypatrując się wszystkiemu, bo nie wiedziałam co mam myśleć. Abe siedział swobodnie na fotelu, w ogóle nie skrępowany niezręczna ciszą. Dymitr siedział zaraz obok mnie i było oparty o oparcie kanapy, chyba też się czuł niekomfortowo, ale przybrał maskę która nie wyrażała żadnych uczuć, jak na lekcjach. Elizabeth wykręcała palce z nerwów. Nie wytrzymałam tej ciszy.
- Kto cię wychowywał?- Spytałam, Elizabeth się wzdrygnęła gdy zauważyła że pytanie jest skierowane do niej.
- Moja mama, do momentu kiedy okazało się że mam talent do walki potem przyjeżdżałam do niej na każde święta i wakacje.- Czyli młoda miała chociaż matkę.- Dlaczego nigdy cię nie poznałam?- Zwróciła się do Aba, mnie kompletnie ignorując.
- Bo nigdy nie uznałem aby to było konieczne.- Powiedział swobodnie staruszek.
- Ale ją mogłeś poznać?!- Spytała podniesionym głosem. Nie no tego już za wiele, czy ona myśli że moje życie było usiane różami?
- Hej poznałam go kiedy miałam 18 lat czyli byłam o jakieś 2 lata starsza od ciebie! I kiedy go poznałam kazał mi wyjechać z Rosji, nie przyznała się że jest moim ojcem!- Powiedziałam prawie krzycząc.
- Rose spokojnie.- Powiedział Dymitr głaskając mnie uspakajająco po plecach. To było bardzo uspokajające, ale przytoczyło mi na myśl kolejne pytanie: Ciekawe czy ją też matka tak głaskała kiedy coś jej się stało? Na pewno.
- Tak to prawda kazałem jej wyjechać.- Powiedział Abe.
- Ale jednak kiedyś jej powiedziałeś?! To nie pomyślałaś może, że mógłbyś także mnie o tym poinformować?!- Krzyczała Elizabeth.- Czy nigdy nie pomyślałeś że, może potrzebuje ojca?- Dalej mówiła podniesionym głosem. To niby ona miała tak źle ale to nie ona wychowywała się w zasadzie bez matki.
- Tak bo miałaś aż tak źle!- Krzyknęłam wstając.- Tylko że w odróżnieniu od ciebie ja nawet na dobrą sprawę matki nie miałam. Od najmłodszych lat byłam u ludzi którzy mieli się mną opiekować, a matkę widziałam od święta, bo za bardzo była pochłonięta karierą. I ty śmiesz mówić że masz źle bo nie miałaś ojca, ale miałaś matkę….- Nawet nie wiem co potem krzyczałam, Elizabeth zresztą zaczęła krzyczeć na mnie nawet jej nie rozumiałam. Pewnie krzyczałybyśmy tak na siebie wieki gdyby nie Dymitr który postanowił zareagować i odciągnąć mnie od „mojej siostrzyczki”, zaprowadził mnie na górę, gdy wchodziliśmy po schodach, usłyszałam jak Elizabeth mówi do Aba.
-Ona jest jakąś wariatką.
-Nie mów tak o mojej córce, nie wiesz co ona musiała przejść w życiu…- Abe jej odpowiedział niestety nie usłyszałam co chciał jeszcze powiedzieć.
A niech sobie myśli co chce, gdy weszliśmy do naszej sypialni usiadłam na łóżku i oparłam głowę na dłoniach, schylając się do przodu tak że łokcie miałam na kolanach, obok mnie usiadł Dymitr.
- Wszystko w porządku?- Spytał, odwróciłam się do niego i się wtuliłam w jego silne ramiona, a on mnie objął.
- Przesadziłam?- Spytałam w jego koszulkę.
- Trochę, ale rozumiem cię, w końcu nie miałaś łatwego życia.- Powiedział mój ukochany.
- Ależ ona mnie zdenerwowała, jak ona w ogóle śmie  mówić że miała źle?- Zaczęłam się skarżyć.
- Jest młoda jeszcze nie wszystko rozumie.- Powiedział Dymitr.
- Tak jak ja kiedyś?- Spytałam z uśmiechem błąkającym się na moich ustach.
- Ty jesteś wyjątkowa Roza.- Powiedział.
- Kocham cię.- Powiedziałam wtulając się jeszcze bardziej w jego pierś.
- Ja ciebie też, nawet nie wiesz jak bardzo.- Powiedział głaskając mnie po włosach. Podniosłam głowę i pocałowałam go w usta. Jak zawsze w takich momentach świat mógłby przestać istnieć liczył się tylko Dymitr, mój mąż, człowiek którego kocham nad życie. Odsunęliśmy się od siebie po chwili. Cała złość już ze mnie wyparowała.
- To co schodzimy na dół, czy ni jesteś jeszcze gotowa?- Spytał czule na mnie patrząc.
- Możemy już zejść.- Powiedziałam wstając i biorąc go za rękę. Ruszyliśmy na dół.
***
W TYM SAMYM CZASIE
W czasie kiedy Rose, Dymitr, Abe i Elizabeth rozmawiali (a bardziej krzyczeli na siebie), Clara i Joann siedzieli grzecznie na dywaniku.
„Ale oni krzyczą”.- Powiedziała w myślach Clara kierując swoje słowa do swojego brata.
„No strasznie, ale ta pani na którą krzyczy mama jest podobna do naszej mamy.”- Zauważył Joann.
„Może, pójdziemy po ciastka?”- Zapytała Clara.
„Tata nam zabronił samym je brać.”- Zauważył Joann, który zawsze był bardziej rozsądny.
„No ale teraz i tak nikt tego nie zauważy. A ja mam ochotę na ciastka.”-Upierała się siostra bliźniaczka Joanna, a on jak zawsze jej uległ.
„No dobra, chodź.”-Powiedział wstając i podając jej rękę, bo tata zawsze mu mówił, że ma się opiekować siostrą, ruszyli razem w stronę kuchni. Przeszli niezauważeni przez salon, kiedy wchodziły do kuchni Rose i Dymitr właśnie wchodzili na górę. Stanęli przed szafką nad którą wisiała szafka z pudełkiem ciastek.- „Nie dosięgnę.”- Poskarżył się Joann, wyciągając w górę rączkę dla uwiarygodnienia swojej wypowiedzi.
„Może wejdziesz na krzesło”?- Zaproponowała dziewczynka.
„Jesteś pewna?”- Spytał nieprzekonany Joann.
„No jasne nic ci się nie stanie potrzymam krzesło.”- Powiedziała jak zawsze pewna siebie Clara.
„No dobra.”- Podsunęli krzesło pod szafkę i chłopczyk wszedł na nie, stanął na palcach żeby dosięgnąć do pudełka, złapał je końcówkami pociągnął, kartonik zaczął się powoli zsuwać, Joann już miał je złapać całą rączką, kiedy całe pudełko spadło, chłopczyk chcąc się przed nim obronić, zrobił krok w tył lecz ni znalazł tam żadnego oparcia. Kiedy spadał z krzesła usłyszał w myślach krzyk swojej siostry. Uderzył się głową o podłogę i upadł na swoją rękę która wygięła się po dziwnym kątem.
Nagle Clara przestała czuć swojego brata, przestała odczuwać jego ciągłą obecność. „Jo! Jo! Gdzie jesteś? Joann! Joann!” Nawet nie zauważyła kiedy zaczęła krzyczeć imię swojego brata na głos, klęcząc obok niego płakała i krzyczała żeby się obudził, po chwili do kuchni wbiegł Abe a zaraz za nim Rose i Dymitr.

Księga II rozdział VI

Uczniowie ćwiczyli właśnie jedną z postaw obrony, którą im szybciej pokazałam i dokładnie wytłumaczyła, kiedy na salę wszedł Dymitr. Miał na sobie czarny strój i oczywiście swój prochowiec. Gdy szedł w moją stronę obserwował uczniów, którzy zaczęli zerkać w jego stronę. Kiedy był już przy mnie pocałował mnie w policzek i stanął obok mnie.
- Widzę, że świetnie ci idzie.- Stwierdził wpatrując się w nowicjuszy.
- Szybko się uczą, są naprawdę dobrzy. Co prawda niektórzy na początku nie mogli zrozumieć tych ruchów ale w końcu się ich wyuczyli i sobie radzą.- Powiedziałam.
- To dzięki nauczycielce.- Powiedział z uśmiechem odwracając się w moją stronę.- Tak w zasadzie to przyszedłem ci powiedzieć, że masz gościa.
- Kogo?- Spytałam zaskoczona, bo wątpię żeby Abe zdążył już przyjechać, po tym jak na niego naskoczyłam i kazałam mu tutaj przyjeżdżać. Wciąż czułam się winna że tak na niego naskoczyłam.
- A jak myślisz?- Spytał z pół uśmiechem.
- Tylko mi nie mów że Staruszek tak szybko tutaj dotarł?
- Owszem. Stwierdził że musiał tutaj być jak najszybciej bo nie wie co byś mu zrobiła gdyby przyjechał trochę później. O co chodzi?- Spytał zaciekawiony. Spojrzałam na uczniów i wypatrzyłam wśród nich Elizabeth. Ćwiczyła z chłopakiem o imieniu Tom i jak na razie była od niego o wiele lepsza, ogólnie była lepsza od wszystkich nowicjuszy.
- Widzisz tamtą dziewczynę? Po prawej z tyłu, ma włosy w takim kolorze jak moje.
- Tak widzę, to o niej ci wtedy mówiłem, kiedy wspominałem że widziałem twojego klona.- Powiedział odwracając się w moją stronę.
- No to właśnie z jej powodu zadzwoniłam do Aba. Ona jest do mnie strasznie podobna, za podobna jak na to żeby mogła być przypadkowo spotkana osobą.
- Aha i dlatego wezwałaś swojego tatę?- Spytał Dymitr przenikliwie.
- Tak przecież mnie znasz najpierw robie potem myślę.- Powiedziałam z uśmiechem.- A po za tym już długo nie widział bliźniąt.- Dodałam.- A gdzie on właściwie teraz jest?
- Poszedłem z nim po Clare i Joanna i poszedł z nimi do domu, zajmuje się teraz nimi.
- Aha no to chyba będzie się musiał nimi zajmować aż ja skończymy lekcję, bo teraz mamy razem nie?- Spytałam, choć dobrze znałam odpowiedz.
- Tak idę się przebrać, a co do uczniów…- Wskazał mi na nich głową.- Możesz już pozwolić iść im do szatni i tak już nie ćwiczą właściwie tylko pozorują ćwiczenie korzystając z twojej chwilowej nieuwagi.- Spojrzałam na nowicjuszy i faktycznie, większość nie przykładała się do ćwiczeń.
- No dobra. To ty już idź, potem do ciebie dojdę.- Gdy odszedł, zwróciłam się do nowicjuszy.- No to skoro tak wam się już nie chce to przebiegnijcie się jeszcze kółeczko i idźcie się przebrać.- Powiedziałam i usłyszałam grupowe westchnienie ale szybko zaczęli biegać, żeby mieć to za sobą.
***
Następne lekcje które prowadziłam wraz z Dymitrem zleciała szybko. Gdy tylko skończyliśmy lekcje poszliśmy po swoje rzeczy i ruszyliśmy do domu.
- Chyba za bardzo na niego naskoczyłam.- Stwierdziłam mniej więcej w połowie drogi.
- Nie przejmuj się łatwo ci wybaczy.- Powiedział Dymitr łapiąc mnie za rękę, a ciepło jego palców które zacisnęły się pokrzepiająco na moich dodało mi otuchy.
- A skąd to wiesz?- Spytałam zaczepnie.
- Bo on cię kocha, tak jak ja, a ja bym ci wybaczył wszystko.- Powiedział uśmiechając się do mnie.
- Ja ciebie też kocham i także wybaczę ci wszystko jeżeli będziesz ze mną szczery.- Powiedziałam, resztę drogi do domu milczeliśmy.
Gdy byliśmy już przy domu, usłyszeliśmy śmiech bliźniąt dobiegający zza domu, skierowaliśmy się w tamta stronę. Za domem gdzie stała podwójna huśtawka i piaskownica Clara i Joann uciekały przed Abem, który udawał że je goni. Gdy to zobaczyliśmy z Dymitrem nie mogliśmy powstrzymać śmiechu. Staruszek wyglądał w Prost komicznie, będąc ubranym w garnitur (zapewne od jakiegoś projektanta), biegając lekko pochylony za dwójką małych roześmianych urwisów i w dodatku próbował jeszcze je złapać wyciągając w ich stronę ręce. Wszyscy dopiero po chwili nas zobaczyli, bliźnięta od razu do nas podbiegły.
- Mamo zobacz, dziadek przyjechał.- Powiedział Joann. Spojrzałam na Aba który właśnie wygładzał garnitur, zaśmiałam się.
- Tak widzę. I co dobrze się bawicie?- Spytałam, Clara i Joann się rozpromienili.
- Tak.- Spojrzały po sobie a potem na Aba i już wiedziałam że coś kombinują, zerknęłam na Dymitra który chyba też to zauważył.- Na dziadka!- Krzyknął z bojowym brzmieniem Joann, i ruszył wraz z siostrą na mojego ojca. Niestety ku zawodzie bliźniąt nie udało im się przewrócić Aba. Wydałam z siebie westchnienie zawodu, Dymitr zerkną na mnie z uśmiechem. Poszliśmy w stronę Staruszka. Zdałam sobie sprawę z tego że za bardzo na niego naskoczyłam.
- Przepraszam że tak na ciebie naskoczyłam.- Powiedziałam, a na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech. Wyciągnął do mnie ręce.
- No chodź tutaj uściskaj tatusia.- Powiedział, a ja podeszłam do niego i się przytuliłam ale już po chwili wyplątywałam się z uścisku.
- No dobra to kto taki jest ta Elizabeth?- Powiedziałam rzeczowo.
- Oj coś ty taka w gorącej wodzie kompana.- Powiedział, ale gdy tylko zobaczył moją zawziętą minę ucichł. No dobrze, dobrze może wejdziemy do środka?- Spytał wskazując na dom.
- Jasne, chodźmy.- Powiedziałam. Dymitr się nie odzywał najwidoczniej wiedział że to sprawa między mną a Abem. Gdy weszliśmy do domu dzieci poszły na dywanik w kącie który był odznaczony jako miejsce do zabaw, a Dymitr z Abem usiedli przy stole na kanapie.
- Może kawy, herbaty, czegoś zimnego?- Spytałam idąc do kuchni.
- Poproszę kawę.- Powiedział Abe.
- A ty Towarzyszu coś chcesz?- Zwróciłam się do mojego męża.
- Może coś zimnego.
Gdy tylko zrobiłam kawę i nalałam do szklanek cos zimnego, dla mnie, Dymitra i bliźniąt wróciłam do salonu. Mój mąż i ojciec prowadzili ożywioną rozmowę z której niewiele rozumiałam. Gdy usiadłam, zwróciłam się do nich:
- To co możemy teraz przejść do sedna naszego spotkania?
- Tak oczywiście.- Powiedział Staruszek biorąc łyk kawy, lekko się skrzywił.- No ta kawa mogłaby posłużyć za paliwo rakietowe.- Stwierdził z uśmiechem i wypił jeszcze jeden większy łyk.- No to tak kim jest Elizabeth Town się pytasz. To twoja przyrodnia siostra.- Powiedział po prostu.- A mogę wiedzieć skąd o niej wiesz?
- Bo ją uczę?- Odpowiedziałam pytaniem.
- Przecież ona mieszka w Rumunii.- Powiedział zaskoczony.
- Przyjechała tutaj bo jest najlepszą uczennicą, taki awans.- Odpowiedziałam automatycznie.
- Aha no tak.- Powiedział i się rozpogodził.- Czyli to oznacza że oby dwie moje córeczki są zdolnymi wojowniczkami.- Był taki rozpogodzony, a mi ręce opadły.
- Ale dlaczego nigdy nic nie usłyszałam o tym że mam siostrę?- Spytałam podnosząc głos.
- Rose spokojnie.- Powiedział Dymitr kładąc dłoń na mojej ręce i lekko ją ściskając.
- Nie uważałem nigdy żeby to było konieczne, ona miała swoje życie tam ty swoje tutaj, nic nie wskazywało na to że wasze drogi się skrzyżują.- Powiedział.
- Ale nie uważasz że powinnam wiedzieć?- Spytałam oburzona.
- Ona tez nic o tobie nie wie, ona nawet mnie nie zna.
- No wiesz gdybym nie pojechała wtedy do Rosji to tez zapewne bym cię nie znała.- Stwierdziłam.- Mam jeszcze jakieś rodzeństwo o którym nie wiem?
- O ile wiem to nie. – Powiedział uśmiechając się.- A mógłbym się spotkać z tą Elizabeth, skoro już ty wiesz że ona jest twoja siostrą to ona tez może o tym wiedzieć.- Spojrzałam na Dymitra.
- Myślę że to będzie prawidłowe, a lekcje się niedługo kończą więc mogę podzwonić tam gdzie trzeba.- Powiedział mój ukochany, dokładnie odgadując moje myśli.
Po pół godzinie usłyszeliśmy niepewne pukanie do drzwi.
- Pójdę otworzyć.- Powiedziałam wstając, otworzyłam drzwi, za nimi stała Elizabeth, a  parę kroków dalej Tom jeden ze strażników, kiwnęłam mu ręką.- Dzięki.- Odmachnął mi i skierował się do akademii. Po czym spojrzałam na onieśmieloną Elizabeth. No nic podobieństwo jest i to nie małe, ale zachowanie już teraz widziałam, że mamy różne, ja nigdy nie stałabym tak niepewnie.- Wejdź.- Wskazałam na wnętrze domu odsuwając się od drzwi. Niepewnie weszła i rozejrzała się po salonie. Bliźnięta spojrzały na gościa zaciekawione, po czym jak to na dobrze wychowane dzieci przystało wstały podeszły do Elizabeth i kolejno podały jej rączkę mówiąc jak się nazywają, a ona delikatnie uścisnęła każdą rączkę i uśmiechnęła się do Clary i Jaonna którzy już po chwili  z powrotem byli na swoich starych miejscach.
- No charakterem to na pewno się różnicie.- Powiedział Abe głosem eksperta spoglądając na nas. Spojrzałam na niego i zamknęłam drzwi.
- Usiądź.- Zwróciłam się do Elizabeth, po czym usiadłam obok Dymitra, a ona na krańcu fotela.
- Czy mogę zapytać o co chodzi?- Zapytała.
- Jesteś moją córką i siostrą Rose.- Powiedział po prostu Abe. Dziewczyna było widać że jest zaskoczona, spojrzała na mnie i na Aba, potem też na Dymitra, jakby szukała wsparcia u kogoś kto nie ma zapewne do czynienia z tą sprawą.
- To prawda.- Powiedział Dymitr, swoim głębokim głosem.

środa, 22 lipca 2015

Księga II rozdział V

Dymitr z samego rana wyszedł na służbę, więc muszę sama odprowadzić bliźnięta do biblioteki gdzie spędzą czas aż do południa kiedy kończymy wraz z Dymitrem pracę. Clarę ubrałam dziś w śliczna zieloną sukienkę którą dostała w tym roku na urodziny od Abe, włosy zaplotłam jej w dwa warkoczyki. Joanna ubrałam w zwykłe spodnie i koszulkę z napisem „Zadzierasz z moją siostra? Zadzierasz też ze mną.” Kupiliśmy mu ta koszulkę kiedy byliśmy w wesołym miasteczku pół roku temu, gdy ja zobaczyliśmy po prostu musieliśmy ją kupić.
Zeszłam na dół, biorąc po drodze swoją torbę z ręcznikiem, wodą i rzeczami na przebranie. Moje dzieci czekały już na dole ze swoimi ulubionymi zabawkami. Clara miała lalkę którą nazwała Richell, a Joann misia Boba.
- No chodźcie. Bo się spóźnimy.- Powiedziałam do nich kierując się w stronę drzwi. Szybko podbiegły do mnie. Gdy tylko wyszliśmy na dwór, zamknęłam drzwi na klucz, po czym wzięłam bliźnięta za ręce.- A co wy takie ciche?- Spytałam zdziwiona, tym że nie są aż tak hałaśliwe jak zazwyczaj bywają.
- My nie chcemy iść do tych pań, nie możemy iść na twoje zajęcia mamusiu?- Spytała Clara ze słodką minką zbitego psa.
- Nie możecie, przecież wam to tłumaczyłam, tam muszę uczyć a gdybyście wy tam były to bym niczego nikogo nie nauczyła bo bym się wami zajmowała.- Powiedziałam ze smutkiem. Pomimo tego że wiedziałam że musze je zostawić w bibliotece i że nie mogę ich wziąć na zajęcia, nie chcę się z nimi rozstawać.  I to nie tak żebym się nigdy z nimi nie rozstawała w końcu przez te trzy lata musiałam trochę pracować, jednak teraz w nowym dla nich miejscu, bałam się je zostawiać, bałam się że może im się coś stać.- Ale pamiętacie chyba że dziś po zajęciach będziecie mieli pierwszą lekcję.- Powiedziałam już radośniej. Bliźnięta od razu się rozpogodziły i uśmiechy nie schodziły im z twarzy. Gdy doszliśmy do biblioteki, weszliśmy do środka.
Biblioteka była taka jaką można spotkać w każdej innej szkole. Kącik komputerowy przy którym już siedziało kilku uczniów, chociaż jeszcze się lekcje nie zaczęły. Stoją tu także stoły przy których uczniowie mogą korzystać z materiałów których nie mogą wypożyczyć, a reszta część pomieszczenia to ogromne regały na książki, tak wysokie że aby dostać się do najwyższych półek trzeba wejść na niewielką drabinkę która stoi przy jednej z półek. Gdy tylko weszliśmy podbiegła do nas starsza morojka.
- Witam, jestem Lucy. Rozmawiałam już ze Strażnikiem Bielkovem, który wszystko mi wyjaśnił, a także przekazał dwa numery telefonu tak w razie czego.- Powiedziała z uśmiechem.
- Dzień dobry.- Powiedziałam uśmiechając się.- A to jest właśnie Clara i Joann, mam nadzieję że nie będą sprawiać problemów.
- Nie z pewnością będą grzeczne.- Powiedziała Luzy ze śmiechem. Pożegnałam się z bliźniętami po czym wyszłam z biblioteki.
***
Gromadka uczniów już czekała na środku sali, wszyscy mieli na sobie stroje do ćwiczeń. Rozmawiali, śmieli się. Za pewne większość z nich widziało się po raz pierwszy od zeszłego roku szkolnego. Grupa liczyła sobie około 15 osób. Dopatrzyłam się w grupie 4 dziewczyn, reszta to byli chłopacy. Weszłam na salę, rzucając torbę na ławki. Wszyscy zwrócili się w moją stronę.
- Kogo to ja widzę. Wiedziałem że się jeszcze spotkamy, choć szkoda że nie ubrałaś tej ślicznej koszulki nocnej którą włożyłaś na nasze poprzednie spotkanie.- Powiedział niebieskooki brunet, którego miałam już okazję poznać. Na jego słowa większość chłopaków się zaśmiała.
- O widzę że podzieliłeś się z kolegami jak to się poznaliśmy, mam nadzieję że opowiedziałeś też tą część kiedy uciekałeś ze skulonym ogonem po tym jak nieźle dostałeś. No  a teraz widzę że chcesz dokładkę.- Powiedziałam i widziałam jak mu mina rzednie.
- Niby że dałem się zbić kobiecie?- Spytał chcąc się jeszcze popisać przed kolegami.
- O widzę że ktoś tutaj chce dokładkę. No i mamy pierwszego ochotnika do zaprezentowania podstawowych chwytów samoobrony. Zapraszamy.- powiedziałam zachęcając bruneta ręką do podejścia.
- Ale nawet rozgrzewki nie było.- Powiedział, oburzony.
- Czyli jak zaatakują strzygi to będziesz jeszcze się pół godziny rozgrzewał i dopiero wtedy zaatakujesz? Kiedy moroj którego miałeś bronić już dawno rozstanie się z życiem?- Powiedziałam wpatrując mu się w oczy i starałam się w moją wypowiedz włożyć jak najwięcej jadu. Chyba widział że nie wygra bo powoli do mnie podszedł.- Stań tutaj.- Powiedziałam wskazując miejsce u mego prawego boku, stanął jakieś pół metra ode mnie.- A więc myślę że każdy z was już nauczył się podstawowych chwytów samoobrony, a nawet jak zaatakować przeciwnika.- Wszyscy nowicjusze ustawili się w półkolu wokół nas, było ich 14 czyli druga grupa musi mieć 16 osób. Wszyscy wpatrywali się w nas oczekując jakiegoś ruchu. - Po pierwsze...- Podniosłam jeden palec i wykonałam szybki obrót i wykop, moja stopa trafiła w szczękę bruneta pod takim kontem że nie mogło mu to nic zrobić, ale to na pewno poczuł. Wróciłam do poprzedniej pozycji.- ... trzeba bronić głowę. Jak widzimy u naszego kolegi ten punkt trochę nawala, nie wspomnę o szybkości.- Powiedziałam, spoglądając na chłopaka który właśnie trzymał się za szczękę, widać było że go boli, ale gdy tylko zobaczył mój wzrok spuścił rękę i się wyprostował, obserwując mnie.- A teraz sprawdzimy jak tam z obroną tułowia u ..?- Spojrzałam na bruneta pytająco.
- Josh Tuck.- Powiedział.
- ...u pana Tucka.- Znowu wykonałam obrót i zamierzyłam się do kopnięcia ponownie Josha, tym razem w wątrobę, jak tylko Josh zaczął się w naprawdę szybkim tempie ustawiać w pozycji aby obronić tego kopniaka, wykonałam szybki obrót i trafiłam go bokiem ręki  (to miało go tylko zaboleć a nie coś mu uszkodzić) w udo. I ponownie wróciłam do pozycji z której wyszłam, a nowicjusz zszokowany stał jak słup soli nie wiedząc co się stało.- Jak widzimy pan Tuck świetnie by sobie poradził z obroną tułowia, tylko że nie zauważył tego że mogę zmienić tor, a to duży błąd, nie można liczyć na to że strzyga będzie przewidywalna, trzeba ją cały czas obserwować. No dobrze to było tylko takie wprowadzenie, a teraz 10 okrążeń wokół sali. Ktoś ma jakieś pytania?- Spytałam wpatrując się w zszokowanych nowicjuszy.
- Jak to możliwe że poruszasz się tak szybko?- Spytała dziewczyna, która była chyba o jakieś 5 cm wyższa ode mnie, miała ciemne lokowane włosy, które w zadziwiający sposób przypominały moje, oczy miała także bardzo podobne do moich, o cerze nie wspominając. Szybko powstrzymałam się i odpowiedziałam:
- Przede wszystkim praktyka, ale także duża ilość ćwiczeń i dobrzy nauczyciele, mam nadzieję że ja także będę dobrą nauczycielką. Jak się nazywasz.
- Jestem Elizabeth Town, przyjechałam tutaj z akademii w Rumunii.- Powiedziała.
- Aha dobrze, no to są jeszcze jakieś pytania?- Spojrzałam na wszystkich wyczekująco, widziałam że mieli masę pytań ale chyba nie chcieli być tymi którzy je zadadzą.- Skoro nie to już 10 kółek. Ty także.- Powiedziałam do Josha który się wahał. Gdy wszyscy zaczęli już rozgrzewkę, podeszłam do swojej torby i wyjęłam z niej telefon. Wyszłam na korytarz skąd wciąż obserwowałam uczniów. Wybrałam numer. Po 2 sygnałach usłyszałam głos mojej matki.
- Halo? Rose? Jak miło że dzwonisz.- Powiedziała.
- Mamo kim jest Elizabeth Town?- Przeszłam od razu do rzeczy.
- Nie wiem nie znam nikogo o takim nazwisku. A dlaczego pytasz.?- Spytała zaskoczona.
- Bo właśnie zaczęłam uczyć w akademii i spotkałam nowicjuszkę która zadziwiająco mnie przypomina.
- Nie wiem, radziłabym ci raczej zadzwonić do Ibrahima, to do niego jesteś w końcu głównie podobna.- W tym miała rację.
- No dobra dzięki to ja do niego zadzwonię. Pa mamo zadzwonię później.- Powiedziałam i się rozłączyłam. Wybrałam numer do Abe. Gdy tylko odebrał powiedziałam.
- Kim jest Elizabeth Town?
- Nie znam nikogo takiego.- Usłyszałam w jego głosie niepewność.
- Nie udawaj przecież słyszę, że wiesz o kim mówię, i liczę że mi to wszystko wyjaśnisz.